czwartek, 30 czerwca 2011

W odprysku od odprysku nieustającej dyskusji o parytetach płciowych pojawiają się i takie argumenty "a co z parytetami dla piegowatych albo niepełnosprawnych". A i na ten argument pojawiają się kontrargumenty, że to bardzo nieładny argument, bo jak to tak sugerować, że kobiety są niepełnosprawne. Ale uwaga, to stąpanie po cienkim lodzie. Oburzanie się, że się porównuje nie może nie skutkować niezręcznością. Jeżeli to oburzające, że się porównuje kobiety do niepełnosprawnych, to co mają powiedzieć niepełnosprawni? Szczególnie gdy są kobietami. I piegowatymi. Nie tędy droga. Trzeba ten argument wziąć bez tzw. obużu i zobaczyć co wyniknie.

Wydaje mi się, że przybliżoną regułą (podkreślam: przybliżoną) powinno być: czy istnieje legislacja. O ile mi wiadomo nie ma żadnych praw i kodeksów dotyczących osób piegowatych, więc równoważenie ich udziału w reprezentacji (podkreślam: reprezentacji) demokratycznej nie jest zasadne. Z tego prostego powodu, że czy będzie tak czy owak nie będzie to miało praktycznego znaczenia dla reprezentowanych (podkreślam... no), bo dla reprezentujących zapewne tak. Piegowaci kandydaci na posłów i posłanki będą się cieszyć, śniadzi zgrzytać zębami, a pozostali usilnie szukać, czy przypadkiem nie mają jakichś piegów za uszami. Ale (podkreślam: ale) parytety i w ogóle polityka nie powinna być od tego, żeby robić dobrze czy niedobrze politykom. Choć niestety tak to obecnie w telewizorze wygląda.

Zatem, w sprawie parytetów osób niepełnosprawnych odpowiedź dla mnie jest oczywista: jest prawo dotyczące – parytety są zasadne. Tylko czy konieczne. Nie mówię, że nie – nie mam najwścieklej zielonego pojęcia. Prawdopodobnie ma to coś wspólnego z tym, że tak mało osób niepełnosprawnych jest u tzw. władzy.

Ale taka przybliżona zasada mogłaby być tylko warunkiem wystarczającym. Istnieje na przykład grupa producentów drobiu. Istnieje dotyczące ich prawo. Czy zasadne są dla nich parytety? Tu zadałbym serię pytań pomocniczych. Czy przypadkiem grupa ta nie jest już dobrze reprezentowana? Jeśli jest, to nie ma o czym w ogóle gadać. Oczywiście sprawa rozbija się o słowo "dobrze". Czy "dobrze" znaczy "proporcjonalnie"? A może jeden drobiowy lobbysta jest całkowicie wystarczający?

Tu pomyślała mi się w głowie delikatna kwestia "ważności sprawy". Mam wrażenie, że odpalenie całego młyna ustawowych parytetów domaga się jakiegoś wyzwania, które nas czeka jako ludzkość. I linia podziału pomiędzy parytety płciowe tak/nie przebiega właśnie pomiędzy tymi, którzy takie wyzwanie widzą i tymi, którzy widzą, że go nie ma. Tymi którzy wieszczą bombę obyczajowo-demograficzną i tymi którzy głoszą, że o ile tylko powrócimy do tradycyjnego modelu rodziny z tradycyjnym podziałem na role płciowe to jakoś tam będzie.

Lub przedstawiając to inaczej: czy podobnie jak mnie, guptokowi, przydałaby się jakaś prominentna, niepełnosprawna polityczka, która powiedziałby mi czy według niej istnieją palące potrzeby i wyzwania takie-a-śmakie, a wiedziałaby to nie z broszury organizacji pozarządowej, tylko z własnego reprezentacyjnego doświadczenia reprezentantki; czy podobnie nie są nam potrzebne w nadchodzących wyzwaniach kobiety w odpowiedniej proporcji, ze swoim ponoć tradycyjnie odmiennym sposobem patrzenia na świat.

Dyskusja o parytetach płciowych ujawnia jeszcze jedną zabawną cechę: wymaganie aby uwzględnić parytety płciowe w dyskusji o parytetach. Jeśli dyskutują w większości kobiety: ach, chcą się baby dorwać do władzy; jeśli w większości faceci: ech, znów sobie panowie dyskutują o ważnych męskich sprawach. Złośliwie można w tym zauważyć próbę uniknięcia hipokryzji za wszelką cenę; a nawet wywołania reakcji autoimmunologicznej (trolling najwyższej próby). Ale chyba nie trzeba tu spisku: to właśnie objaw wyczucia ważności wyzwania.

02:37, inz.mruwnica
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 grudnia 2010

... jem. Ale jajek "trójek" nie kupuję (staram się, czasem muszę rozbić kilka na omlet, a do osiedlowego marketu nie zawsze takie fanaberie sprowadzą). Niespójność? Hipokryzja? Słaby charakter? Czemu nie, ale jednak nie tym razem.

Przy dyskusji o etyce jedzenia mięsa zawsze pojawia się kwestia: czy byś zabił? Otóż tak, ale bardzo się cieszę, że nie muszę. Można zbudować taką daleceidącą analogię z odwrotną stroną tego medalu: bardzo się cieszę z tego powodu, że mogę potrzeby defekacyjne wypełnić bez zbytniego kłopotu. Czy mógłbym być pracownikiem miejskiej kanalizacji? Tak, gdyby była taka potrzeba. Czy marzę o tym? Zupełnie nie, co nie zmienia faktu, że ludzi, którzy wykonują ten niewdzięczny zawód bardzo szanuję. To w ogóle bardzo piękna rzecz w naszej cywilizacji: profesjonalizm – że możemy, każdy i każda z nas, nie znać się prawie na wszystkim i sobie za to wzajemnie płacić. Jestem fanem profesjonalizmu. Nie w takim mambo-dżambo PR-owym znaczeniu, ale w znaczeniu, które sam sobie wymyśliłem: profesjonalista to człowiek, który podąża za nauczaniem Brudnego Harry'ego. Czyli bierze sobie do serca jego złotą myśl: "każdy człowiek musi znać granicę swoich możliwości". Jestem typkiem od cegieł. Kiedy idę do lekarza to się go słucham, bo wiem, że on jest typkiem od typków. Pewnie byłbym słabym kanalarzem albo rzeźnikiem, dlatego zdejmuję przed nimi czapkę. Ale do rzeczy.

Taka kura. W obliczu bezgłowego kurczaka Mike'a nie mogę za bardzo wzruszyć się smutnymi oczami drobiu. Jestem całkowicie przekonany, że kurka nie dzieli ze mną perspektywy eschatologicznej. Że lęk przed śmiercią trwa u kury dokładnie tyle co sama śmierć. Zatem jednym tylko mogę się przejąć: czy te sekundy życia, które przebiegają kurze – z których każda jest tak perfekcyjnie oddzielona od pozostałych – są wypełnione kurzym szczęściem. Stąd niechęć do jajek "trójek", ale nie mogę przejmować się śmiercią kury kiedy i ona o to nie dba.

Rzecz staje się mniej jasna w przypadku świnki i krówki. Silnie podejrzewam, że w przeciwieństwie do kur, sensownym będzie mówienie o losie szympansim, słoniowym, delfinim, ośmiorniczym, być może także psim. Co do prosiaków i krówek – nie wiem co myśleć, ale raczej nie. Wątpliwość rozstrzygam na korzyść mojego żołądka (kto mnie widział ten wie, że potrzebuję protein) i zakumulowanej mądrości mojego kręgu kulturowego, która mówi: świnia najlepszym jadalnym przyjacielem człowieka. Jeżeli nawet prosiaczek boi się, że umrze, to może przynajmniej nie rozumie, że po to się urodził w hodowli? Może zjadając go biorę na siebie brzemię bezsensu naszej wspólnej egzystencji? Tak uspokajam sumienie. Mnie nikt nie zje.

Pracę rzeźnika-ubojnika wyobrażam sobie jako ociosaną do granic możliwości techniczną powinność. Zajęcie, o którym je wykonujący mają do powiedzenia tyle, że jest ciężkie i niewdzięczne. Chciałbym tak myśleć. Dlatego też między innymi mierzi mnie myślistwo. Myśliwy też niby tylko pozyskuje mięso, tylko dlaczego jest z tego tak cholernie zadowolony? Ale nie tylko o to chodzi, dalece nie tylko. Wierzę, że techniki uboju przemysłowego były kształtowane przez minimalizację cierpienia zwierząt (choć oczywiście przede wszystkim przez maksymalizację zysku, w końcu żyjemy w kapitalizmie). Czysty strzał i natychmiastowa śmierć leśnego zwierzęcia to zdarzenie wyjątkowe, a długotrwałe cierpienie to raczej norma. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku uboju przemysłowego – tu niepotrzebne cierpienie, kiedy się już wydarzy, jest powodem do wyciągnięcia konsekwencji wobec dopuszczających się niestaranności, a nie kanwą ogniskowych opowieści o tropieniu rannego jelenia. Nie poszedłbym tak daleko, żeby twierdzić, że myśliwi starają się doprowadzać do takich sytuacji, ale bez nich ta zabawa nie miałaby przecież części swojego makabrycznego uroku.

Niesmaczne też wydaje mi się to ściemnianie o obcowaniu z naturą jako o głównym trzonie myślistwa do którego strzelanie jest tylko mikroskopijnym dodatkiem. Nawet nie to, że to może być prawda tylko w kontekście "czasu spędzonego na", ale nie "powodu aby". Nawet to pomijając, to rozumowanie jest idiotyczne. Rozważmy rzeźnika, którego miejsce pracy jest tak zorganizowane, że przez rok cały obcuje tylko z naturą chlewika, dogląda swoją trzódkę, dokarmia, wsłuchuje się w stare rzeźnickie historie; a kiedy zagra trąbka zdejmuje ze ściany siekierę i idzie dopełnić fachu. A gdy wróci do dyżurki, to wszystkim opowie jak było. I to jest dopiero obrzydliwe. Jeśli już musisz, to strzelaj, nie pierdol.

Ale i tu nie koniec. Jest jeszcze coś niepokojącego. Widziałem w telewizorze, że kiedy szkolą pilotów myśliwców, to dają im do zestrzeliwania takie małe samolociki. Chodzi o to, żeby mogli sobie jednak coś zestrzelić, ale coś trochę tańszego i prostszego w konstrukcji niż zdalnie sterowany, pełnowymiarowy samolot. Nie jest to wprawdzie to samo, ale i w ten sposób można poćwiczyć taktykę, orientację w polu bitwy, zobaczyć rozpryskujący się cel i tak dalej. Jest taki film z Icem-T. Oglądam za każdym razem, gdy go puszczą w nocy. Polowanie na zwierzę przestało być tradycją pozyskiwania pożywienia kiedy dzidy zamieniono na strzelby. Stało się wtedy sublimacją polowania na człowieka. Myślistwo nie jest morderstwem, bo zwierzęta nie są ludźmi, myślistwo jest szkoleniem morderców. Przygotowaniem do obrócenia w perzynę wszystkich wynalazków cywilizacji dzięki którym mogę w spokoju przeżuwać kotleta.

23:52, inz.mruwnica
Link Komentarze (60) »
środa, 24 listopada 2010

Bart napisał notkę w której "tłumaczy się" z brzydkiej lektury, która mimo wszystko umożliwiła mu dokonanie rzeczy pięknej – definitywnie rzucił palenie. To znaczy "przestał palić", bo tak "każe" mówić autor tej książki. Mimo, że Bart wygląda na bardzo zadowolonego ze swojego osiągnięcia, to trochę go chyba uwiera, że zrobił to w ten "altmedowy" sposób. A ja mówię: niepotrzebnie.

Nie chcę zaczynać świętej wojny o to, jak psychologia w ogóle ma się do medycyny. Myślę jednak, że spokojnie możemy przyjąć zasadę, z którą mam nadzieję zgodzą się też psychologowie: "psychoterapia w której sam jesteś swoim pacjentem to zawsze mambo-dżambo". Ale to jeszcze nie powód, żeby tego m-dż nie robić. Ze względu na specyfikę samej psychologii.

O ile cała medycyna opiera się na manipulowaniu przy pomocy władz umysłowych, chemią i biologią, to psychologia jest próbą rozkręcenia śrubokręta przy pomocy śrubokręta. Cząsteczki chemiczne i komórki biologiczne nie podskoczą potędze umysłu (tak byśmy przynajmniej chcieli), ale umysł umysłowi umysłem.

Jakiekolwiek lecznictwo ma trzy wyraźne obszary: terapie nadzorowane (przez specjalistę oczywiście), terapie "bez recepty" i takie tam terapie ludowo-tradycyjno-domowe. Psychologia również ma swoje terapie kliniczne i poradnictwo książkowe "bez recepty". Domorosła psychologia jaką tu zaraz zaprezentuję to takie ziółka z ogródka. Oczywiście i w ten sposób pewnie można sobie zrobić kuku, ale jednak "zastanawianie się nad sobą" to trochę co innego niż łykanie naparu z zielska, które wyrosło za chałupą (że nie posunę się do bardziej drastycznych metod – więcej oczywiście na blogu Barta). "Zastanawiać się nad sobą" to chyba jest dobrze w ogóle, od czasu do czasu.

Poniżej przedstawiam trzy "chwyty" związane z problemem motywacji, które sam sobie ugotowałem i sam sobie z różnym skutkiem (szału niestety nie ma) stosuję. Nazywam je "chwytami", żeby wyraźnie odróżnić te porosty od psychologii profesjonalnej, która ma metody.

Standard disclaimer: poniższe chwyty nieco działają u mnie, ale może ja jestem jakiś pojebany. Jeśli chcesz je zastosować, to przemyśl je na tyle dokładnie, jakby były Twoje własne. Jeśli zadziałają pochwal się; jeśli nie – też, ale nie przychodź z pretensjami. To nie jest psychologia, to nie jest nawet "psychologia bez recepty" w postaci poradnika. To tylko rzeczy, które się przydarzyły.

Motywacja

Gdy tak sobie myślałem, o co w ogóle chodzi z motywacją, doszedłem do dziwnego wniosku. Otóż nieprawdą jest, że nie można chcieć kilku sprzecznych rzeczy naraz. Jest to możliwe, pod warunkiem, że te "chcenia" odnoszą się do różnych skal czasowych. To zupełnie tak jakbyśmy mieli kilka mózgów: jeden zajmuje się chceniem na dystansie 0,2 sekundy; następny powiedzmy pół minuty; kolejny dwie godziny; dzień; miesiąc; trzy lata; całe życie. A może w ogóle nie ma kolejnych, tylko pewna ciągłość chcenia – różna jeśli za "x" podstawić różną przyszłość.

Tu kryje się dramat (braku) motywacji. Mogę jednocześnie chcieć aby nie paść na serducho za kilka lat i jednocześnie chcieć aby puścić sobie dyma już teraz, zaraz. Mając tę racjonalną (w sensie ścisłym) wiedzę o mechanizmie motywacji możemy sobie racjonalnie powiedzieć, że i tak do niczego nam się ona nie przyda. To jak z Jasiem Fasolą, który miał kłopot ze snem. W końcu poradził sobie tak, że wyciągnął planszę z baranami, kalkulator i przemnożył rzędy baranów przez kolumny (użył wzoru na prostokąt, a przecież powinien był na trapez!). Widząc na wyświetlaczu wynik natychmiast zasnął. To tak nie działa. Najwidoczniej nie wystarczy sobie powiedzieć "hej, nadwaga skraca mi życie, a ja chcę żyć jak najdłużej, ergo: będę jadł mniej! hura! problem rozwiązany!".

Motywacja jest niestety irracjonalna. Cóż więc począć? Walczyć z irracjonalnością irracjonalnością. Stąd właśnie pomysł "chwytów" – zakładania sobie samemu lekko głupkowatych więzów, których celem jest przymusić siebie samego do zrobienia tego, czego i tak chcę. Czy może być coś bardziej idiotycznego? Za każdym razem, gdy tak pomyślisz przypomnij sobie iloczyn Jasia Fasoli.

Chwyt małego progu

Pierwsza podpórka pomyślana pod "motywację aby nie", to ustawienie sobie małej przeszkody w drodze do czynności, której chcesz się oduczyć. Przeszkoda ta musi być niewielka i możliwa do ominięcia, aby nie turbować się zbytnio, kiedy jednak postanowisz ją ominąć. Chwyt ten polega na wykorzystaniu cnoty lenistwa, aby stłumić nagłą motywację pochodzącą z "szybkiego mózgu", z nadzieją że zanim się zabierzesz do czynienia to się opamiętasz. Nie jest to metoda bardzo efektywna, przynajmniej nie sama w sobie. Grunt to dobrze próg zaprojektować.

Może przykład. Żeby podeprzeć się w rzucaniu palenia (uwaga: sam nigdy nie rzucałem palenia, więc przykład jest czysto hipotetyczny), możesz kupić sobie pudełko na kluczyk, pudełko ustawić w jednym kącie mieszkania, a kluczyk położyć w drugim. Może kluczyk nawet położyć na klatce schodowej w skrzynce na liczniki. Nie wiem: może pudełko lepiej położyć na widoku, choć będzie kusić (ale z drugiej strony, gdy je schowasz i już się wybierzesz na wycieczkę po dyma, to będzie łatwiej pójść i po klucz)? Podstawowa idea jest taka, że tuż po wyjaraniu, będący kontent, nie powinien palacz mieć kłopotu w odłożeniu kluczyka na wysuniętą placówkę (tu może pomóc chwyt następny). Tymczasem przy potrzebie zapalenia konieczność wstania, pójścia, łażenia w tę i tamtą, ech… Może nie zmniejszy samej chęci na fajczenie, ale może przynajmniej pozwoli ograniczyć częstość.

Trzeba jednak pamiętać o tym, że racjonalność będzie walczyła o swoje. Kup raczej duże pudełko, żeby zmieściło się w nim sporo paczek. Na wypadek, gdyby "niechcący" przyniosła się do domu jakaś nowa i "niechcący" nie było na nią już miejsca w pudełku i "niechcący" trzeba by ją położyć na stole. Obok zapalniczki, akurat, "niechcący". Tak może być. Trzeba to i wiele innych spraw przewidzieć oszukując siebie.

Czy on to naprawdę napisał?

To był "chwyt aby nie", co jednak z "motywacją aby"? Na przykład, żeby jednak chciało się odnieść ten cholerny kluczyk. Albo, żeby chciało się wejść na ten cholerny steperek o tej cholernej ustalonej godzinie i wykonać te cholerne ćwiczenia do jasnej cholery.

Motywacja nie tylko nie jest racjonalna – racjonalizm też zabija motywację, co przybliżyłem już na przykładzie dużego pudełka. Zawsze znajdzie się jakiś powód, a to żeby jednak zapalić, a to, żeby jednak przełożyć ćwiczenia na jurto. I nie mówię, żeby nie, tylko żeby się w tej "motywacji aby" też nieco podeprzeć. Tu polecam modlitwę (uprasza się o nieprzerywanie czytania).

Nic tak dobrze nie radzi sobie z racjonalnością. Wygląda to tak: masz zrobić coś, do czego nie bardzo chce ci się zabrać, więc zamiast zaczynać się zastanawiać (a wtedy już coś wymyślisz, żeby wymięc, wierzę w twoją inteligencję), zaczynasz klepać mantrę i robić tak jak robią roboty. Tak to przecież działa dla modlitwy "z przekonania". Kiedy nadchodzą trudne myśli, na przykład o społecznym problemie in vitro, wystarczy klepnąć szesnaście zdrowasiek o duszę moruli i po prostu zaczyna brakować czasu na zastanawianie się.

Pseudoteoria wyjaśniająca jest tu taka, że obszary mózgu odpowiedzialne za racjonalne kombinowanie i za formuołwanie zdań gramatycznych nieco się pokrywają. Konieczność, nawet mechanicznego, formułowania zdań nieco upośledza ten pierwszy i go częściowo wyłącza. Samo to nie popchnie jeszcze do czynności o którą chodzi, ale łatwiejsze powinno być pierwsze "ruszenie dupy". Nie polecałbym tej metody jednak w trakcie czynności wymagających skupienia, bo modląc się w trakcie obsługi piły spalinowej można zrobić sobie poważną krzywdę. Nie tylko metafizyczną. Być może ten chwyt będzie zupełnie nieskuteczny dla ludzi mających tzw. podzielność uwagi. Ja sam jestem tak singletaskingowy jak iPhone (mogę co najwyżej żuć gumę w tle), więc zawsze ta "wielozadaniowość Napoleona (i Tytusa)" wydawała mi się ściemą. Chętnie się dowiem jak z tym u innych.

Sama treść mantry nie jest chyba bardzo istotna: może to być "Ojcze nasz", ale i "Nie zapomnijcie o ideałach Sierpnia", "Miała matka syna" czy "Bagnet na broń". Dobrze jest mieć tekst wykuty na blachę. Dobrze jest nie tylko "mówić w myślach", ale i ruszać ustami (tak wiem, głupio to wygląda – pamiętaj o Jasiu) na wdechu i na wydechu. Lepiej chyba, żeby treść była obojętna – nie wprowadzała zbytnich emocji, ani zawiłych opowieści. Dobre powinny być wszelkie inwokacje i apostrofy.

Chwyt multimotywacyjny

Chwyt modlitewny niestety nie działa dla zajęć wymagających wysiłku umysłowego, bo to właśnie wtedy trzeba się zastanawiać i łatwo zacząć zastanawiać się nad czymś innym. Że pozwolę sobie na taką inżynierską metaforę (drżyjcie!): słaba motywacja jest jak długa giętka tyczka, którą próbujesz przepchnąć pakunek. Kiedy napierasz zbyt mocno, motywacja w końcu robi "bęęęę" w bok i przestaje popychać. Jeśli się w tym nie zorientujesz to tylko narośnie w tobie irytacja, że przecież "chcesz a nie możesz". To jest też dobry moment na przerwę, ale z przerwy trudno jest wrócić do roboty (tu polecam chwyt modlitewny). Aby temu zapobiec, lepiej mieć dwie (lub więcej) motywacje, żeby się nimi porządnie zaprzeć o zadanie – wówczas każda motywacja jest ubezpieczana przez pozostałe przed tym, żeby się nie wyczerpała.

Jakie motywacje sobie znajdziesz, to bardziej zależy od rodzaju zadania. W normalnych warunkach typowej pracy pod rygorem dedlajnu, zawsze jest dostępna jedna: "chcę mieć to już z głowy". Warto do niej dobrać sobie drugą "chcę to zrobić naprawdę dobrze". Te dwie motywacje wydają się sprzeczne, ale właśnie tak ma być! Inaczej nie będą siebie ubezpieczać.

Siadasz do roboty i robisz byle jak (mogą w tym pomóc chwyty małego progu i modlitewny), byle szybciej, byle zrobić, poprawi się później – jest to tak zwana faza fleizmu. Kiedy zapas fleizmu zaczyna się wyczerpywać, a motywacja fleistyczna zaczyna się niebezpiecznie giąć (poznajesz to po tym, że zaczyna ci się nie chcieć robić nawet byle jak), wybierasz sobie jakiś jeden szczegół z pracy i robisz go naprawdę porządnie. Tak, żeby mieć satysfakcję – jest to tak zwana faza upierdliwcza. Kiedy i ona mija, tak jak wszystko, wracasz do fazy fleistycznej. Tak to wygląda w uproszczeniu. Jeszcze lepiej nigdy nie doprowadzać do wyczerpania motywacji i stosować je często i przemiennie.

Odmianą chwytu multimotywacyjnego jest praca w zespole. Gdy nad projektem pracują co najmniej dwie osoby, to są do dyspozycji co najmniej dwie motywacje! (Chwyt ten można wykorzystać też na przykład przy wspólnym bieganiu dla schudnięcia.) Gdy jeden wymięka, drugi ciągnie go ku górze. Tu też jednak trzeba uważać na racjonalizm. Może się "niechcący" okazać, że znacznie wygodniejszy i racjonalniejszy jest podział pracy na niezależne fragmenty. Albo wygodniej pracować w osobnych pomieszczeniach, albo jeszcze lepiej w innych porach dnia. Wspólne popychanie zadania może skutkować rozjeżdżaniem się zespołu na boki. Nawet do tego stopnia, że gość który do tej pory był całkiem OK "nagle" zaczyna jakoś irytować i już go nie lubisz. Może wspólna modlitwa o jedność zespołu, hehe?

Powodzenia

… jeśli mimo ostrzeżeń zdecydujecie się spróbować. Nie zapomnijcie jednak się wtedy pochwalić!

00:52, inz.mruwnica
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 04 października 2010

W trybie natychmiastowym potrzebna jest nam szczegółowa teoria posiadania racji w warunkach niewiedzy. Może nawet cały instytut, który kompleksowo zająłby się tym już dziś bardzo rozpowszechnionym i z każdym dniem przybierającym na sile zjawiskiem. "Racja dla mas" – tako woła lud. Internet to miejsce, gdzie możesz mieć rację bez dania racji. Jak powstaje racja w internecie i co ważniejsze – pęd ku posiadaniu racji – jest zjawiskiem wymagającym natychmiastowych, intensywnych studiów. Nie szczędźmy na to publicznych bajtów! Oto mój skromy przyczynek do dziedziny.

Przyczółek Janusza Korwina-Mikke (absolutnego mistrza posiadania racji w warunkach niewiedzy) na Blipie, czyli ^partiawip stwierdził mniej więcej, że dostęp do informacji jest równoznaczny z byciem poinformowanym. Nawet nie to, że stwierdził, po prostu bezrefleksyjnie przyjął to za pewnik.

Nic jednak bardziej mylnego. Warunkiem minimum bycia poinformowanym jest umiejętność odfiltrowania banialuk z morza informacji. Taki na przykład ciąg wyrazów: "golbuk schrzypwił kiełbrzeż" to też jakaś informacja. Każdy jednak szybko ją odfiltruje jako nonsensowną, bo zawiera idiotyczne wyrazy. Większy kłopot powstaje kiedy wyrazy są sensowne, a banialuczyzm pojawia się na wyższym poziomie (syntaktycznym?). Albo jeszcze wyższym, albo jeszcze.

Tradycyjnie takiego filtrowania dokonywały redakcje gazet. Tytuły mając swoją reputację zamieszczały teksty tylko spełniające pewne wewnątrzredakcyjne standardy. Czytelnik już na wstępie dostawał fachowo wyselekcjonowaną informację, którą mógł łykać właściwie bez obaw. Jeśli ktoś nie ograniczał się do czytania jednego tytułu to nie miało to większych skutków ubocznych. Niestety te szczęśliwe czasy dawno przeminęły. Mowa wypowiadana w internecie zaskakująco przypomina słowo pisane i właśnie tak jest traktowana. Nawet przez redakcje gazet, które w końcu dostosowały swoje filtry. Nawet w wersjach papierowych. A w internecie to już w ogóle nie filtrują – HDD wszystkiej przyjmie.

Co zatem stanie się jeśli zaniedbamy staranne filtrowanie? Załóżmy, że mamy dziesięciu świadków jakiegoś zdarzenia. Na przykład: widziano UFO. Uprośćmy, że o każdym świadku możemy powiedzieć, że albo mówi prawdę albo kłamie. W sumie daje nam to 210=1024 różne interpretacje relacji świadków – poczynając od "wszyscy kłamią" na "wszyscy mówią prawdę" kończąc. Jeżeli na te 1024 interpretacje nałożymy filtr banialuk zbudowany z posiadanej wiedzy niezależnej od relacji świadków – włączając w to wszelkie adekwatne dziedziny wiedzy: aeronautykę, meteorologię, astronomię; ale także życiowe doświadczenie w wyłapywaniu kłamców i umiejętność krzyżowej konfrontacji zeznań, to okaże się, że z tych 1024 uda się wyłapać mocne top-3 i odciąć cały długi ogon interpretacji idiotycznych. W tym top-3 znajdą się takie perły racjonalizmu jak "to był gaz z bagien", "to było światło odbite z Venus" i "to był balon meteorologiczny". Reszta będzie jawnie sprzeczna z posiadaną wiedzą, albo nawet wewnętrznie sprzeczna – aby otrzymać taki przypadek wystarczy uznać za wiarygodnych dwóch świadków którzy mówią wykluczające się zdania i przejść nad tym kłopotem do porządku dziennego dzięki uniwersalnemu narzędziu coś-w-tym-musi-być (omówione dalej).

Budowa takiego prywatnego filtra banialuk napotyka jednak na duży problem: filtr służy do selekcji wiedzy od banialuk, ale i sam jest zbudowany z (wcześniejszej) wiedzy. Niestety potrzebny jest jakiś pakiet startowy informacji i dużo pokory poznawczej. Z drugiej strony, kto raz wpuści długi ogon banialuk do mechanizmu swojego filtra, ten będzie miał ogromny kłopot, żeby się go stamtąd pozbyć. Taki rozregulowany, permisywny filtr będzie przepuszczał mnóstwo śmiecia i przez to będzie się rozregulowywał coraz bardziej.

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Ja nie twierdzę, że istnieje tylko jeden, idealny filtr banialuk na każdą okazję. Ani tym bardziej, że to ja jestem w jego posiadaniu. Dość powiedzieć, że są takie dziedziny w których nawet najlepiej poinformowani mają bardzo duże "k" w top-k (np. okoliczności śmierci JFK). A nawet takie w których czym ktoś lepiej poinformowany tym "k" ma większe. Są znowu takie w których odcięcie top-k od długiego ogona jest ostre (to znaczy pierwsza interpretacja za top-k to od razu bzdura okropna) i takie w których top-k przechodzi w długi ogon niezauważenie (np. przypadek socjobiologii, szczególnie tej "pop"). W końcu są dziedziny w których panuje zgoda zupełna i takie w których co osoba to inny filtr. Ale to właściwie dyskusja na zupełnie inną okazję.

Ciekawe rzeczy zaczynają się dziać kiedy z braku wiedzy zamiast mocnego top-3 ktoś otrzymuje top-835. To wszak nie zbrodnia, ale powróćmy do kwestii posiadania racji. Jak mieć rację, kiedy wszystko zdaje się jednako możliwe? Którą z 835 możliwości obstawić? Jeśli twoja odpowiedź brzmi "oczywiście tę ze szczytu top-835", to musisz być nowy w tych całych internetach. To robi się inaczej...

Loteria intelektualna

Najpierw przypowieść. Kiedy w Niemczech w loterii padło 2, 3, 4, 5, 6, 26 to 38156 osób trafiło "piątkę", choć zwykle udaje się to około tysiącu. Wczuj się: jesteś już takim cwaniakiem, który nie wierzy w numerologię – że trzeba obstawić datę urodzenia dzieci, albo coś co się przyśniło – ale jeszcze nie takim, żeby załapać całe to prawdopodobieństwo. Wiesz, że same liczby nie mają znaczenia, bo to tylko znaczki, które jakiś gościu nadrukował na kulki – wybierałby je przy malowaniu z wora w innej kolejności i siódemka byłaby trzynastką, a trzynastka czterdziestką dwójką. Co czynić? Maksymalizować wygraną w razie trafienia – obstawić zestaw, którego nikt na pewno nie obstawi. Ta ironia, że grając na unikalność byli dramatycznie nieunikalni jeszcze nam się za chwilę przyda.

Loteria intelektualna odbywa się na podobnych zasadach. Jeżeli planuję mieć rację, ale niestety mój filtr daje mi 835 równoprawne alternatywy, to cóż mi robić? No raczej nie obstawiać tego co obeznani w temacie specjaliści mają w top-3 (np. że Globalne Ocieplenie nie dość, że jest faktem to jeszcze odpowiada za nie człowiek). Bo jeśli się tak okaże, to cała chwała spadnie i tak na tych specjalistów, a moje "ja też, ja też tak mówiłem" będzie tylko żałosnym popiskiwaniem. Lepiej obstawić coś jeszcze nieobstawionego z top-835. Subiektywne prawdopodobieństwo posiadania racji jest takie samo (przecież właśnie dlatego mój filtr wyrzuca top-835, bo moje subiektywne prawdopodobieństwo jest porypane), a w razie trafienia? Chwała i splendor. Oczywiście należy odpowiednio zadbać, a potem wyegzekwować pierwszość swojego obstawienia. Przypilnować każdego dywizu w nazwisku i każdego żelaznego kanclerza co zardzewiał, że podam tylko dwa luźno związane z tematem przykłady (mocno związane z obsesyjnym pilnowaniem pierwszeństwa wypowiedzi).

Różnica między loterią intelektualną a tą na numerki jest taka, że w tym pierwszym przypadku można na bieżąco kontrolować co kto obstawia i w razie potrzeby przesuwać pionek. Jeśli, dajmy na to, obudziłeś się w sobotę w południe, to już pozamiatane. Wszystkie najlepsze numerki dawno zajęte. Pozostaje się tylko radykalnie zradykalizować. Tu jednak trzeba mieć chyba jakiś talent albo szczęście. Spróbujcie wymyślić najbardziej odczapistyczną teorię smoleńską. Że UFO? Że Elvis? Że hologram? Nic z tego. Będziecie jak ci co obstawiali 1-6, bo myśleli, że to takie oryginalne, a w końcu okazało się, że gdyby wylosowali numerki to byliby 38 razy oryginalniejsi. Prawdziwie oryginalny jest tylko bełkot na granicy zrozumiałości.

Prawda pośrodku

Jeśli loteria jest grą na skrajności i wymaga ekstremalnego umysłu; to uniwersalne narzędzie coś-w-tym-musi-być, znane także jako "prawda leży po środku" jest grą na centrum prywatnego top-835 i dostępne jest dla cichych i skromnych. Grający w loterię liczy na spektakularne rozbicie banku racji, natomiast szukający prawdy pośrodku liczy na ciągłe pozostawanie w szarej strefie małej racyjki. Bart dostarcza takiego ładnego przykładu: jeśli jedni twierdzą, że Ziemia jest kulą a drudzy, że jest płaska; to bezpiecznie jest twierdzić, że jest półkulą. W razie gdyby się bardziej okazywało, że kulista, to ciągle można pozostawać w racji, mówiąc, że półkula w końcu też jest całkiem wypukła. A w razie gdyby bliżej było tego, że płaska, no to można twierdzić, że zawsze się mówiło, że jednak mocno spłaszczona.

Irytacja i brzydkie wyrazy pojawiają się, kiedy szukający pośrodku spotka kogoś dla kogo jedna ze skrajności jest ewidentnie w top-3, a druga ewidentnie w długim ogonie. Szukający pośrodku nie chce przecież wyjść na obrońcę skrajności z ogona, więc będzie wymachiwał urządzeniem coś-w-tym-musi-być, ale tak raczej bez przekonania, dla jasności w co drugim zdaniu jednak zaznaczając, że ta kulistość Ziemi to też całkiem porządnie udokumentowana hipoteza. Może też się zradykalizować i przejść na strategię loterii intelektualnej.

Nawet w obliczu ostatecznego okazania się, że jedna ze skrajności jest prawdziwa szukający pośrodku może swoją racyjkę troszeczkę bronić. Na przykład podawano jako dowód wrodzonej niższości intelektualnej kobiet ich słabe wyniki w szachach. Przejechanie danych przez statystykę pokazało jednak, że to znów wszystkich ulubione twierdzenie Bayesa robi nam psikusa – okazuje się, że wartość oczekiwana szachistości jest u szachistek większa niż u szachistów. Paradoks wynika wyłącznie ze stosunku liczby szachistów do szachistek. Mówiąc krótko: kobiety średnio są lepsze w szachy, tylko jest ich mniej. Szachistów jest dużo, więc łatwo o ekstremalnie dobrych. Co odpowie szukający pośrodku? "Dlaczego kobiet jest mniej?" Coś w tym musi być. Może szachistki mają męskie mózgi? To przecież niemożliwe, żeby tak ostatecznie się statystycznie okazało, skoro była kontrowersja. Te obliczenia są jakieś ściemnione, a tylu ludzi widziało na własne oczy, że grała w szachy grała i przegrała. I co? tyle ludzi się myliło? Tak wszyscy się mylili? Nikt z tych od płaskiej Ziemi nie mógł znać chociaż troszeczkę takiej maleńkiej prawdy pośrodku?

23:41, inz.mruwnica
Link Komentarze (11) »
piątek, 06 sierpnia 2010

Harcerz to ze mnie mniej więcej taki, jak katolik z gościa co go salowa cichaczem kroplówką ochrzciła. Moje bycie harcerzem zawiera w sobie dwa zdarzenia, które dopełniają się w cudownej syntezie; plus namiętne wertowanie świetnej nerdowskiej literatury "Zima", "Wiosna", "Lato", "Jesień", czyli czegoś w rodzaju "Poradnika Skauta" siostrzeńców Kaczora Donalda. Oraz nóż finka.

Najpierw mieliśmy spotkanie werbunkowe. Które było bardzo fajne, wręcz idealnie zaplanowane pod psychę ośmio- dwunastolatka (za nic nie mogę sobie przypomnieć kiedy to było dokładnie) Odbywało się wieczorem, w małej salce w szkolnych podziemiach. Siedliśmy dużym kołem (wszyscy równi), a zabawna babcia opowiadała przejmujące historie o tym jaką miała cudowną młodość, bo Niemcy jej nie zabili w Powstaniu Warszawskim. Czy jakieś innej hecy w którą wysyła się dzieci jako listonoszy na front. (Swoją drogą jak to niewiele kiedyś ludziom było potrzeba do szczęści, nie to co teraz, ta rozwydrzona młodzież, nie dogodzisz im panie choćbyś dupę masłem smarował.) Harcerze śpiewali razem piosenki, dziewczynki z naprzeciwka uśmiechały się do mnie kiedy zabawiałem je ruszając uszami. Na koniec, to pamiętam najlepiej, wymieniliśmy taki kołowy uścisk dłoni: wszyscy podaliśmy sobie ręce w kole i przez to koło jak impuls przeszedł kilkakrotnie hand-shake. Było na tyle późno, że na korytarzu czekali już rodzice, żeby nas odebrać; i samo to, że nie pozwolono im wejść i zainteresować się co o tej porze jeszcze robimy było dodatkową satysfakcją. Kto wie, gdyby na następnej zbiórce polecono nam zebrać wszystkie pieniądze z domu i przed świtem stawić się na miejsce skąd autobus zabierze nas do oddalonego gospodarstwa, gdzie spotkamy Specjalnego Wujka, który osobiście rozmawia z Bogiem, to pewnie niektórzy wykonaliby to polecenie bez zastanowienia.

Zaraz potem był jakiś pochód. Mógł to jeszcze być pierwszy maja, mógł być już trzeci... ale pochód na trzeciego maja? Znowu nie były to jeszcze wakacje, a było już ciepło, więc te najważniejsze święta radosnej śmierci za ojczyznę też odpadają. Nie uda mi się już chyba tego ustalić. W każdym razie harcerze mieli przejść ulicami miasta. Co oczywiście też było superfajoskie. Jednak choć na harcerstwo byłem zdecydowany (a może już nawet zapisany) to zaszedł problem z mundurkiem dla mnie. Może rodzice nie mieli akurat pieniędzy, a może nie szyją zbyt wielu sztuk dla patyczaków. Ubrano mnie schludnie, jak na apel, i wysłano na pochód. Na miejscu okazało się, że jest nas trzech niemundurowych. Z powodu ogólnej estetyki pochodu kierownictwo zadecydowało, że będziemy szli z tyłu. W powietrzu wisiała lekka atmosfera pogardy i upokorzenia, ale nie przejmowaliśmy się tym. Było nas trzech, szliśmy sami z tyłu widząc rzędy brunatnych koszul dzieci przebranych za idiotów w towarzystwie idiotów przebranych za dzieci (kto to powiedział?). Gadaliśmy.

Wtedy oczywiście tego tak nie odebrałem, ale wytworzyła się we mnie zdrowa bariera my – oni. Nie byłem jednym z nich. Do gry w piłkę zawsze byłem wybierany ostatni i wiedziałem, że w harcerstwie też będę ostatni. Atrakcyjne kłamstwo egalitarnego koła zamieniło się w realność liniowego ordnungu kolumny pochodu.

sobota, 24 lipca 2010

Welcome to the desert of the internet.

Tagi: internet
20:09, inz.mruwnica
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 czerwca 2010

Gdybym napisał zdanie "jesteśmy tylko maszynami przetrwania stworzonymi przez nasze geny, ku temu jedynie aby mogły się sprawniej replikować", to komu byście je przypisali? Kto czytał "Samolubny gen" bez ognia w oczach ten wie, że nie Dawkinsowi. Pierwsze wydanie kończy się wręcz słowami:

Zostaliśmy zbudowani jako maszyny genowe i wychowani jako maszyny memowe, ale dana jest nam siła przeciwstawienia się naszym kreatorom. My, jako jedyni na Ziemi, możemy zbuntować się przeciw tyranii samolubnych replikatorów.

Czy ci "z ogniem w oczach" czytający, zarzucający Dawkinsowi genowy determinizm pominęli to zdanie? Przeoczyli pointę książki? Stawiam, może nieco przewrotną, tezę że prawdziwymi wyznawcami nie tyle "genetycznego determinizmu", co genu jako takiego są właśnie ci najostrzejsi krytycy. Nie jest to grupa zwarta, w przybliżeniu można ją określić jako "konserwatywną" na swoich skrajnych skrzydłach mającą "genetycznych patriotów" i kreacjonistów. Łączy ich głównie to, że nie zauważyli w powyższym cytacie, że świadomość kondycji ludzkiej umożliwia tej kondycji zmianę. A może właśnie przeciwnie? – zauważyli. Zauważyli i zapłonęli oburzeniem na proponowane przez Dawkinsa bluźnierstwo przeciw stwórcom.

Geniści kiedy stają w obronie "naturalnego porządku rzeczy" stają właśnie w obronie genów, przeciw "danej nam sile", która umożliwia nam robić geny na szaro, choćby budując cywilizację odcinającą nas od naturalnych (w sensie ścisłym!) warunków bytowania. W obliczu świadomości istnienia genów i podskórnego ich wpływu stają się bezsilne. Potrafią przemawiać przez nasze działania obdarzając nas szczerą (najszczerszą) chęcią posiadania dzieci; ale także szczerym (najszczerszym) oburzeniem przeciw wypowiadaniu ich prawdziwego imienia, wystawiania na miażdżący ostrzał rozumu. Samo wspominanie o tym, że prokreacja jest czymś do czego czynienia, a nawet lubienia, przymusza nas cielesność wydaje się nieludzkie. Możliwość świadomego wyjścia poza perspektywę genizmu daje bluźnierczą moc zmiany genistycznego przeznaczenia. "Zabawy" genami, bezbronnymi przed technicznymi umiejętnościami człowieka. Inżynieria genetyczna nie jest jedynie "zabawą w Boga", jest zabawą bogiem samym.

Przykładów genizmu praktycznego mógłbym podawać wiele, bo im głębiej wiedzie nora królicza tym ich więcej (boję się, że jest to wyjaśnienie tak dobre, że nie zawiera w sobie niczego poza sobą samym). Podam tylko jeden, najbardziej jaskrawy: kwestię momentu rozpoczęcia człowieczeństwa. Z wielu powodów, i prawnych i zapewne psychologicznych, lubimy ostre dychotomie: człowiek zaczyna się dokładnie wtedy-a-wtedy. Wybór na ten moment zapłodnienia jest wielowarstwowo paradoksalny. Jest to przecież proces ukryty, w najwyższym stopniu, przed oczami naszego codziennego doświadczenia. Wiemy o nim tylko dzięki nauce, która badała go właśnie dla technicznego nad nim panowania. Istnieje w rzeczywistości tylko na zasadzie misterium nauki, jako świadectwo tych, którzy ujrzeli. I choć to objawienie jest dane ludzkości od bardzo niedawna, to tak chętnie przez niektórych zostało przyjęte jako mówiące o świętym momencie powstania człowieka. Właśnie wtedy, a wiemy to dzięki nauce w sposób pewny, zyskujemy swoją genetyczną tożsamość – tę genistycznie najważniejszą, tę wobec której reszta jest już tylko nieuchronną konsekwencją rozwoju. I nie zaburza tej myśli niektórym nawet fakt (równie pewnie stwierdzony przez tę samą naukę), że sama natura z tą tożsamością obchodzi się okrutnie wytracając połowę zapłodnionych zarodków.

Widmo genizmu krąży nad Kanadą

Miałem zamiar pisać o geniźmie bardziej szczegółowo i z rozbudowanymi przykładami, ale tekst ten powstaje wyjątkowo "na szybko", bo wczoraj odwiedziłem kino, gdzie skusiłem się na obejrzenie filmu pod tytułem "Istota" (Splicing) – prawdziwego manifestu genizmu. (Uwaga: poniżej będą spoilery stuprocentowe, właściwie w szczegółach omawiam cały film).

To jeden z tych filmów powodujących bezsilną frustrację i złość na wiarygodnie pokazane kłamstwo. Tę uwalniającą pokłady sarkazmu – najniższej z satyr – tym bardziej, że geniści mogą powiedzieć, że to pokazana w lustrze Prawda tak boli. (Przyznaję się, że powyżej sugeruję to samo "genistom"; czy pokazanie prawdy o pokazywaniu Prawdy boli podwójnie?). Naukowo-technicznie film jest idiotyczny, proponowana fizjologia i etologia sztucznych tworów człowieka jest nonsensowna; jeszcze bardziej nonsensowne jest to, że dziwią one samych swoich twórców (jako tych prostaczków "bawiących" się z mocami, które człowiekowi nie przynależą). Ale przecież nie za to kochamy science-fiction. Tym co daje właściwy podgląd w zakamarki genizmu jest seria niekoniecznych rozwiązań fabularnych, które z jakiegoś powodu twórcy uznali za stosowne.

Głównym motorem rozwoju akcji jest ona, pani naukowiec, zimna suka. Genistycznie zła, bo nie chce urodzić swojemu ciapowatemu mężowi standardowego dziecka. Najpierw wybiera karierę, a potem nawet potajemne badania w imię naukowej ambicji. Wspólnie tworzą sztuczne organizmy (zaskakująco podobne do penisów!) rzekomo ku dobru i zdrowiu ludzkości.

W całym filmie uderza brak zdecydowanych mężczyzn (za jednym wyjątkiem, ale nie uprzedzajmy faktów) – tu silne są tylko kobiety i zawsze podejmowane przez nie decyzje są złe. Mamejowatość męża werbalizuje jego brat, który ma podwójną do tego legitymację: raz jako potomek wspólnych genów; drugi raz jako nieposiadająca prywatnego życia święta dziewica, zatem znająca się na małżeństwie najlepiej.

Mąż nie przeciwstawia się swojej lady Makbet, powolnie wykonując polecenia, patrząc na wszystko spanielowatymi oczyma Adriena Brody'ego. I choć ma wybór to ostatecznie on, jako ten który nosi spodnie, pod emocjonalnym szantażem żony (nad którym zresztą żałośnie miauczy) naciska guzik "Enter", tworząc hybrydę zwierzęco-ludzką. W dalszym toku akcji nazwaną "Dern".

Przed wyznaczonym terminem rodzi się kolejny penis, tym razem wyposażony w żądło, który w błyskawicznym tempie przekształca się wpierw w zniekształconą dziewczynkę, a potem w młodą zwierzo-kobietę. Umiarkowanie potworną. Ma tylko coś z twarzą, coś co nadaje jej wręcz niezwykle szlachetnej urody, jest łysa i ma zbyt wiele stawów w kończynach dolnych (których nie trzeba przecież zbyt często pokazywać). I ogon, obowiązkowy ogon. Z żądłem. Jest genistycznym ideałem zwierzęcej witalności. Kiedy dowiaduje się o istnieniu seksu (podglądając "rodziców", inaczej chyba pozostałaby w dziecięcej naiwności na zawsze, umierając niewinnie) natychmiast pragnie prokreować. Jest niema (niezupełnie, ale nie uprzedzajmy faktów), tylko wydaje z siebie ptasie terkoty i choć bystra to nie potrafi wejść z rodzicami w dyskurs, polemikę i proces zdobywania wiedzy, który jako źródło całego zła mógłby odciągnąć ją od czystego wyrażania dziedzictwa genetycznego. Tylko mądrze obraca łysą główką, obraca główką naprawdę szybko!

Żona początkowo bawi się w uczłowieczanie Tytusa, ubierając ją i malując; by po krótkiej sprzeczce zamienić się w najprawdziwszą złą kobietę, karzącą swoją córkę za uroczo dziewczęcą skłonność do przytulania kotków. W czystym trybie-dra-Mengele kastruje swoje dziecko z niebezpiecznego żądła. Tu zamienia się właściwie w swoją matkę – postać tak groteskową, że nie mogła być pokazana we własnej osobie bez skazy dla wiarygodności opowieści. Znamy ją tylko z omówień córki, z których wyłania się obraz psychopatycznej feminazistki z Marsa, zabraniającej lalek, ładnych strojów i malowania się, ponieważ to kobiety poniża. Wychowała córkę na jakiejś odludnej farmie w kloacznym pokoiku, zapewne w imię psychopatycznie-feministycznych ideałów, zaszczepiając jej wrogość do kobiecej płodności.

Kiedy Dern znajduje się jeszcze w fazie "uczłowieczanie przez makijaż" mąż widząc ją z nieco przypudrowaną zwierzęcością traci hamulce i po krótkiej randce z tańcami rzuca się do kopulacji. W tej sytuacji zastaje ich żona, która wprawdzie dramatycznie ucieka, ale kryzys małżeński zostaje błyskawicznie rozwiązany, kiedy zostaje jej uświadomione, że to przecież wszystko jej wina. Że to ona jest pokręcona, bo miała okrutną matkę i przez to nie chciała zajść w normalną ciążę. Co charakterystyczne, jako niewypowiedziane usprawiedliwienie przedstawione jest to, że ich potworek posiada geny (sic! sic! sic!) żony i to rzekome podobieństwo włącza natychmiast w mężu program romantyczny.

Pada jednak jeszcze argument wprost z ust męża, najbardziej absurdalny moment filmu. Scenarzyści uniknęli wszelkich mielizn frazesów o "zabawie w Boga", co umożliwiłoby szybkie zaklasyfikowanie filmu jako taniej propagandówki. Pan naukowiec wyraża to inaczej, mówiąc że "kiedy raz przekroczy się granicę, to potem człowiek się gubi". Widocznie mozolna synteza DNA, obcowanie z tą magiczną substancją w laboratorium, wywołuje chuć i pragnienie natychmiastowego włożenia penisa w to co się urodzi. Zapewne James Watt przekraczając granicę i wykradając organizmom żywym sekret samodzielnego poruszania się, nie mógł się opanować i potajemnie, nie bacząc na ryzyko oparzeń, przyciskał podbrzusze do powabnych kotłów swojej maszyny.

Zatem mamy klasyczny climax i zaglądamy w otchłań głębiej. Trzeci akt. "Istota" zmienia płeć! Z modelowej, pragnącej jedynie rozpłodu, samicy staje się modelowym (więc należycie agresywnym) samcem. Jest jednocześnie szatanem transseksualisty i boskim mieczem wymierzającym złym ludziom sprawiedliwość. Jego banalnie zabija swoim żądłem, które magicznie, zwierzęco-witalnie po prostu odrosło. Ucina tym samym linię jego gonad, co jest dla mężczyzny karą największą. Ją natomiast tym żądłem gwałci terapeutycznie. Tu, jako samiec, jedyny raz zyskując przywilej zabrania głosu.

Geny w końcu triumfują sprowadzając dumną panią naukowiec do należytej roli lekko zwarzywiałego inkubatora. Resztki jej zimnosuczyzmu zagłusza Big Evil Korporejszyn, kierowana oczywiście przez wredną, bo starą babę (mówiącą w dodatku czasem po francusku w czym wyczuwam jakieś dodatkowe, Kanadyjskie resentymenty), oferując za donoszenie ciąży odpowiednie BigNum w dolarach.

Na koniec pada mętna aluzja do oczywistej w tej sytuacji aborcji, ale brzuch jest już duży i całą wielomiesięczną traumę noszenia w sobie groźnego (prawdopodobnie wyposażonego w żądło!) potwora widz przegapił w dwusekundowym fade-to-black. Na koniec główna bohaterka wygłasza ironiczne "co może się stać?". Powiadam wam, jeśli natychmiast nie powrócimy do tradycyjnego modelu rodziny, to kury nieść się przestaną.

wtorek, 01 czerwca 2010

Krąży po internecie taka legenda, że feminizm się skończy kiedy ktoś wniesie szafę na dziesiąte piętro. Legenda nie precyzuje po jaką cholerę ktoś miałby wnosić szafę, ale tak to już jest z legendami, że są bez sensu.

A tak serio, to krąży mniej więcej taki tekst (niestety nie wiem kto jest źródłem, ale jakoś nie mam parcia, żeby się dowiedzieć): "Feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść szafę na dziesiąte [czasem szóste – iEM] piętro". Od tego argumentu trochę ręce opadają, całkiem jak od wnoszenia szafy, ale postaram się pro publico bono całkiem na serio go tu rozebrać na czynniki pierwsze. Żeby wyjaśnić, gdzie w tym argumencie (świerzbi mnie, żeby wziąć to słowo w cudzysłów, ale jednak nie biorę; ściśle: to nie jest argument, tylko taka klechda, ale nie chcę, żeby pomyślano, że nie traktuję tego serio) tkwi błąd. A nawet seria błędów.

Gdybym to ja potrzebował wnieść szafę na dziesiąte piętro to czy feminizm by się skończył? Dlaczego? No jestem facetem i jestem feministą (mogę być nawet feministką skoro kobiety bywają pilotami). Więc? A skoro feminizm jest o równości płci, to co dla mnie jest absurdem, to i dla kobiety jest absurdem. CBDO. No dobra, miało być serio. Wiem, w domyśle jest o tym, że chodzi o kobietę-feministkę, która potrzebuje wnieść szafę. Przyrzekam, że się będę od teraz zachowywał.

Ale skoro już stosuję takie tanie chwyty, to wytłumaczę się przy okazji z tego, że ja wiem, że to jest tylko taka metafora i nie należy jej brać dosłownie. Że za tą metaforą kryje się pewna bardziej abstrakcyjna idea, którą ta metafora tylko streszcza. Dojdziemy do tego wszystkiego. Problem z metaforami jednak jest taki, że one nawet same w sobie muszą być sensowne. Przy przekładaniu metafory na abstrakcję trochę tego sensu zawsze wyparowuje, więc jeśli nie było go tam od początku to jest niedobrze.

Zacznijmy więc od najniższej warstwy i odczytajmy metaforę dosłownie. Cóż to w ogóle za historia z wnoszeniem szafy na dziesiąte piętro? Komuś się to rzeczywiście przydarzyło ostatnio? Tak wyłączając "widziałem na filmie, komedia to była"? Jeżeli szafy nie da się wsadzić do windy to pokładanie wiary w gabaryty klatki schodowej też nie jest najrozsądniejsze. W ogóle jeżeli ktoś robi taką przeprowadzkę, że będzie nosił szafy gdańskie po wieżowcach, to raczej szybko zauważy, że jest to operacja dość skomplikowana i warto w ogóle pomyśleć o płatnych fachowcach. I nawet jeżeli ktoś będzie na tyle nierozsądny, żeby nagle zostać zaskoczonym nagłą, niespodziewaną szafą, to najęcie kogoś za kilka złotych do wykonania tej pracy będzie najlepszym pomysłem. Właśnie po to wynaleziono pieniądze, żeby takie kłopoty sprawnie rozwiązywać.

Ci którzy posługują się tą klechdą-argumentem nie zauważyli jednej rzeczy: jako cywilizowane społeczeństwo powoli (to żadna rewolucja obyczajowa) odchodzimy od samodzielnego wykonywania siłowych czynności w celach prywatnych. Coraz częściej zlecamy je maszynom i opłacanym robotnikom. Nastąpiła profesjonalizacja wysiłku fizycznego. To nie jest oczywiście tak, że po naszych ulicach biegają usłużne roboty wykonujące za nas wszelkie prace. Zmiany są znacznie bardziej subtelne: tragarza, węzłowatego jegomościa pracującego za trzy kopiejki od skrzynki, zastąpił operator (płci dowolnej) wózka widłowego. Krzepę zastąpiły uprawnienia. Już nawet przysłowiowe kopanie dołów, obowiązkowo przywoływane jako robota dla prostaka, to najczęściej tylko taki sugestywny obrazek. Oczywiście są ludzie, którzy pracują fizycznie, ale właśnie "pracują", zarabiają w ten sposób pieniądze. Konieczność wysiłku fizycznego dla celów prywatnych została praktycznie wyeliminowana. Nawet więcej – wysiłek fizyczny służy przyjemności – ludzie biegają, jeżdżą na rowerach, chodzą na siłownie tylko po to, żeby się poruszać.

Paradoksalnie to właśnie kobiety najdłużej wykonywały masę prywatnego wysiłku fizycznego. Każda tradycyjna żona, gospodyni domowa, jeszcze niedawno nosiła siaty z zakupami i wystawała w kolejkach. I to niezależnie od tego czy jej mężem był robol od łopaty, czy profesor dla którego największym wysiłkiem dnia było zatemperowanie ołówka. Ale to też powoli zanika, bo coraz częściej zakupy sprowadzają się do: samochód – parking – koszyk – market – parking – bagażnik – dom. Oczywiście upraszczam, ale nie da się nie zauważyć tendencji.

Wracając do mebli – je też dopasowano do tego trybu życia. Ikea (a to raczej domyślne meble dla mieszkających w wieżowcu) oczywiście mocno oszczędza na przestrzeni magazynowej sprzedając mebelki w paczkach do samodzielnego montażu, ale i klientom oszczędza to nieco kłopotu z transportem w bloku. I jeżeli już to wniesienie tych kilku pakunków do mieszkania jest właśnie bardziej "tradycyjnie kobiecym" zajęciem.

Idźmy z tą metaforą dalej w abstrakcję. Rozumiem, że ona jest o tym, że mężczyźni mogą wykonywać większy, krótkotrwały wysiłek w kontrze do długotrwałego, ale mniejszego, który jest nieprzydatny przy dźwignięciu szafy. Nie jestem pewien czy nie jest to typowe oszustwo statystyczne, w którym różnica średnich między grupami jest minimalna w stosunku do różnic w obrębie grup. Ale mniejsza z tym.

Tak czy siak, chodzi o to, że ludzie (tak ogólnie – ludzie) uzupełniają się w swoich możliwościach i jeżeli są przyjaciółmi to chętnie się tymi różnicami wymieniają. Niezależnie od płci, tylko od umiejętności. O wniesienie szafy, czy też o dowolną inną darmową przysługę, prosi się przecież w końcu przyjaciół, albo bardzo dobrych znajomych. Innym wypada zapłacić, choćby flaszką wódki. To, że przyjaciel prosi przyjaciela w dziedzinie w której sam nie potrafi sobie poradzić jest przecież najzwyklejszą rzeczą na świecie i nie ma nic wspólnego z płcią. I jeżeli ktoś w momencie prośby o taką przysługę wyciąga poglądy, płeć, rasę, wyznanie czy pochodzenie, to jest chujem a nie przyjacielem. Ta klechda o szafie jest chyba fantazją gości, którzy chcieliby kiedyś w końcu powiedzieć tym zadzierającym nosa koleżankom "ha! haha, taka była z ciebie feministka, a teraz szafę potrzebujesz wnieść, ha!". No bo co innego? Wyobrażają sobie, że spotkają stojącą pod klatką Kazimierę Szczukę błagającą ich o wniesienie szafy?

Jeżeli jednak takiej koleżance zdarzyłby się taki przykry kolega, który poproszony o przysługę zaczyna smęcić i robić wymówki, to ma ona zasadniczo dwie możliwości: dać upust emocjom i obdarzyć byłego kolegę gromkim "spierdalaj" lub przełknąć dumę (jeżeli ta szafa to rzeczywiście sprawa życia i śmierci), przeprosić za feminizm i poprosić jeszcze raz wachlując rzęsami i wyginając nóżką. Jaki jest efekt opcji numer dwa? Kolega antyfeminista pocąc się jak ten muł pociągowy wniesie za darmo tę cholerną szafę; a ona przy pomocy jednego uśmiechu i odrobiny hipokryzji będzie miała ją wniesioną i nawet dopilnuje w trakcie czy gość ją równo niósł. Jako bonus nasza bohaterka pozna się na mendowatym typie i będzie mogła w przyszłości go omijać (no chyba, że druga szafa). Nie wiem jak u Was, ale dla mnie to tu feminizm dopiero się zaczyna.

poniedziałek, 24 maja 2010

Ponieważ poprzedni wpis został przyjęty ciepło przez wszystkich pięciu czytelników postanowiłem kontynuować niecny proceder grzebania w szufladzie. W komentarzach napisałem, że mam w niej rzeczy perwersyjne. Oto. Wprawki takie, coś w rodzaju "wlazł kotek na płotek" w wersji na basetlę i trombitę.

Przez świetlik w dachu widoczny był Księżyc. Przyglądał się mu przez dłuższą chwilę, aż w końcu zza lewej krawędzi globu pojawił się żółty, jaśniejący punkt. Andrzej doskonale wiedział, że był to pan Zegar. Naukowcy już wiele lat temu stworzyli pierwszy komputer kwantowy, który wydawał się posiadać świadomość. Jego badania były jednak bezcelowe – pan Kwant, bo tak go nazywano, myślał tak szybko, że rzeczywistość nie interesowała go zupełnie. Był bardzo samotny. Wprawdzie miał nieograniczony dostęp do najszybszych serwerów danych – mógł zgłębiać ludzką sztukę – ale jakakolwiek konwersacja nudziła go tak szybko, że zanim prowadzący ją naukowiec skończył wypowiadać zdanie, pan Kwant już dawno nie pamiętał o co chodziło, a w międzyczasie przeczytał jeszcze raz zebrane dzieła Szekspira. Postanowiono zbudować pana Kwarca – przepisanego na elektronikę wersję pana Kwanta. Było to zadanie karkołomne, ze względu na różnice obliczeniowe pomiędzy komputerem kwantowym, a elektronowym. Ostatecznie udało się – pan Kwarc wypełniał dziesięć pięter podziemia Instytutu Badania Sztucznej Inteligencji, a jego szybkość myślenia była tylko nieznacznie większa od ludzkiej, więc konwersacje były możliwe. Jednak nie wynikało z nich nic ciekawego – pan Kwarc zachowywał się jak przeciętny przedstawiciel klasy średniej i takie przeciętne miał myśli. Naukowcy z IBSI obiecywali sobie wiele po badaniu wewnętrznych procesów umysłu, ale te zachodziły ciągle tak szybko, że analiza kilku sekund myśli pana Kwarca zajmowała lata. Pierwszym odruchem było spowolnienie obliczeń pana Kwarca, ten jednak zaczął przeciw temu ostro protestować. Nikt mu się nie dziwił – każdy byłby zirytowany, gdyby nagle przyspieszano mu świat o rzędy wielkości. Zresetowanie pana Kwarca nie wchodziło w grę ze względów prawnych – kilka lat wcześniej uzyskał obywatelstwo. Alternatywą była budowa kolejnego centrum obliczeniowego. Projekt ten nazwany "pani Kwarc" jednak szybko upadł, gdyż naukowcy zauważyli, że przyszła pani Kwarc po uzyskaniu obywatelstwa mogłaby się domagać uruchomienia w pełnej prędkości.

Wtedy zaproponowano prawdziwie sprytny sposób obejścia problemu – budowę komputera mechanicznego opartego na strukturze pana Kwarca. Było to zadaniem jeszcze bardziej karkołomnym i okazało się możliwe tylko wtedy, gdy pan Zegar zostanie zbudowany w stanie nieważkości. Na miejsce jego pobytu wybrano orbitę Księżyca. Pan Zegar miał już kilkaset lat, chociaż we własnym czasie i psychice był nastolatkiem. Jego zmysły karmione były produkowanymi na poczekaniu obrazami i dźwiękami pochodzącymi ze skrzyżowania spowolnionego świata rzeczywistego i rzeczywistości wirtualnej. Każdy, kto miał dostatecznie dużo cierpliwości, mógł z nim porozmawiać, choć chętnych nie było zbyt wielu. Jednocześnie zastępy naukowców buszowały po mechanicznym wnętrzu mózgu pana Zegara odczytując prędkości obrotowe zębatek i wskazania zegarów. Pozwoliło to poznać wiele tajemnic świadomego umysłu, ale podczas edukacji pana Zegara pojawił się problem. Oczywiście od samego początku był on uświadamiany przez swoich przybranych rodziców o swojej wyjątkowości. Dlatego kiedy w wieku lat piętnastu poznał tajniki mechaniki i budowy maszyn uznał, że jego edukacja jest skończona. Mówił, że wie już wszystko co jest konieczne do zgłębienia tajemnic wszechświata. Upominano go, że zapomina o istniejących przed nim panu Kwarcu, Kwancie i przede wszystkim o ludziach, ale nic sobie z tego nie robił twierdząc, że są oni tylko zbytecznie pokomplikowanymi wersjami jego samego i skoro on uznał, że doszedł już do kresu poznania, to to samo powinni przyznać pozostali.

I tak od wielu już lat pan Zegar krążył wokół Księżyca, napominany przez swoich nauczycieli i rodziców. Nagany i kary były nieskuteczne, bo pan Zegar utwierdzał się wtedy w swoim młodzieńczym buncie jeszcze bardziej, krzyczał, że nienawidzi wszystkich i że nie ma zamiaru słuchać o tych naszych elektrycznych kretynizmach. Nad swoim łóżkiem w wirtualnym świecie powiesił portrety swoich idoli – Hooke'a i Newtona i przestał chodzić do szkoły. Andrzej obserwował go jak pozornie oddala się od Księżyca po swojej orbicie, zatrzymuje, zawraca i przechodzi na tle rozświetlonej tarczy ziemskiego satelity.

czwartek, 20 maja 2010

Mam na dysku folder w którym trzymam różne zebrane teksty, które pisałem z powodu przemożnej konieczności uwolnienia napierającej grafomanii. I one tam się kiszą. No to niech się jeden fragment przewietrzy, też nie wiem po co (oczywiście in the name of attention whorysm, bo po cóż innego Dadźbóg dał nam blogosferę?). Po prostu tu to zostawię.

Otworzył niewielką książkę pod tytułem "Sprzedający ryby Hakownik" Ryszarda Świtacza: "(...) Dzięki tym rozważaniom w sposób naturalny pojawia się koncepcja osobliwości filozoficznej. Nie można w żaden sposób opowiedzieć czym jest doświadczenie osobliwości filozoficznej bez jej osiągnięcia. Jednocześnie, jej osiągnięcie sprowadza badaczkę do stanu wegetatywnego i uzyskanie jakiejkolwiek informacji od niej staje się niemożliwe. Natychmiast narzuca się tu porównanie do buddyjskiej koncepcji nirwany. Najprawdopodobniej Siddhartha Gautama był pierwszym człowiekiem, który rzeczywiście osiągnął osobliwość filozoficzną. Są dwa powody nie używania terminu nirwana przez współczesną psychosingularystykę: po pierwsze aby uniknąć wpływu religijnej otoczki jaka została nadbudowana wokół osiągnięcia pierwszego Buddy; po drugie, psychosingularystyka aktywnie bada ścieżkę prowadzącą do osobliwości, co z punktu widzenia buddyzmu jest absurdem. Psychosingularystyka oczywiście nie odrzuca w całości osiągnięć buddyzmu – bada je aktywnie, ale tylko jako tło historyczne lub jedną z koncepcji osiągnięcia osobliwości. Mimo to ludzi, którzy osiągnęli osobliwość filozoficzną często w żargonie nazywa się buddami. Proces osiągania osobliwości często obrazuje się jako podróż po powierzchni potencjału. Osobliwość jest punktem znajdującym się na dnie bezdennej studni, jednak studnia otoczona jest wałem – barierą filozoficzną – dzięki czemu nie można przypadkowo popaść w osobliwość – trzeba do niej aktywnie dążyć (nawet jeśli ta aktywność, tak jak w buddyzmie, oznacza brak celowej aktywności w medytacji), to znaczy wspinać się na ów wał. Szczyt bariery filozoficznej otaczającej studnię nazywany jest horyzontem poznania (przez luźną analogię do horyzontu zdarzeń czarnej dziury). Po przekroczeniu tej hipotetycznej linii wysiłek musi zostać przekierowany na nie osiągnięcie osobliwości. W przeciwnym wypadku grozi upadek w studnię i całkowita buddyzacja. Zatem przekraczanie horyzontu poznania jest zajęciem wysoce ryzykownym.

Stosuje się różne techniki przekraczania horyzontu, które mają minimalizować szansę popadnięcia w osobliwość. Techniki te nazywane są (znów przez analogię geometryczną studni potencjału) transgresjami stycznymi. Inaczej niż w przypadku czarnej dziury, powrót zza horyzontu poznania jest możliwy przy stosowaniu odpowiedniej techniki transgresji stycznej. Tym co jest najbardziej interesujące jest opis doznań towarzyszących przekroczeniu horyzontu, ponieważ umożliwia to w bardzo zgrubnym przybliżeniu wyobrażenie sobie czym jest sama osobliwość filozoficzna, a to jest właśnie celem psychosingularystyki. Wiele badaczek opisywało ten stan jako uczucie, że mózg za chwilę eksploduje (Konieczyn), jako próbę podniesienia siebie samej za włosy (Banderoll) lub nawet jako "diamentowy pocisk przewiercający czoło" (Struk). Towarzyszą temu przeważnie stłumione krzyki, ściskanie dłońmi czaszki w okolicy skroni, wytrzeszcz oczu i tym podobne.

Podstawową techniką transgresywną (uważaną za dosyć bezpieczną, aczkolwiek co najmniej kilkunastu ludzi osiągnęło osobliwość podczas jej stosowania) jest próba następującego rozumowania dotyczącego samoświadomości, zwana Wszechjaźnią Cantora: najpierw należy sobie wyobrazić społeczeństwo jako zbiór jednostek postępujących całkowicie automatycznie zgodnie z ogólnymi zasadami teorii gier, to znaczy maksymalizowania zysku osobniczego (jest to tak zwane ,,stanowisko zero ścieżki transgresywnej Wszechjaźni Cantora''). Każdy z osobników stosuje własne kryteria oceny zachodzących zdarzeń i podejmuje takie decyzje i działania, aby zwiększyć prawdopodobieństwo wystąpienia tych, które są według tych kryteriów maksymalnie korzystne. Sytuację komplikuje obecność innych graczy, z których każdy posługuje się własną strategią i na tej podstawie wykonuje określone działania. Dla pojedynczego osobnika jest bardzo korzystne (jako metastrategia) stworzenie w umyśle modeli innych graczy i uwzględnienie tych modeli w podejmowaniu działań. To umożliwia antycypację jedynie na krótką metę (dwa posunięcia do przodu), ponieważ osobnik nie jest świadomy własnych kryteriów podejmowania decyzji. Działa jedynie "dla nich, ale nie wobec nich; z żarem na czole lecz powieką zmrożoną" (Konieczyn). Samoświadomością nazywa się w tym podejściu właśnie utworzenie modelu własnej psychiki. Trywializując, jest to przybliżona wiedza o własnych pragnieniach i fobiach, która może być stosowana jako element strategii dla wypełnienia ich samych. Powyższe założenia stanowią punkt wyjścia (tak zwane stanowisko jeden) do ścieżki transgresywnej. Aby rozpocząć wspinaczkę przez barierę filozoficzną należy rozważyć nieskończoną zdolność uczestnika gry do tworzenia modeli psychologicznych, modeli modeli, modeli modeli modeli i tak dalej (stanowisko naturalne). Zsyntetyzowanie ujęcia zagadnienia modelu psychologicznego o policzalnie nieskończonej głębi w kontekście samoświadomości nazywa się stanowiskiem alef. Jest to pierwszy punkt dojścia rozważań stycznych metodą Wszechjaźni Cantora uważany za leżący jeszcze nieznacznie przed horyzontem poznania. Drugim punktem, leżącym już poza horyzontem poznania, jest stanowisko beth. Szczególne znaczenie dla bezpieczeństwa podczas jego osiągania ma (...)"

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6