Menu

Wolny Murarz

Edward Mróz

inz.mruwnica

A wyobraź sobie jak bardzo zaskoczony był Andrzej, kiedy odkrył, że wysypka na jego plecach to miasto. W dodatku nie miasto jakichś drobnoustrojów, pajęczaków z paszczkami pełnymi włochatych nóżek, czy innego skórnego robactwa. Rzeczywiste miasto na drugim krańcu kraju, które w jakiś sposób znalazło się w pomniejszonej wersji na jego plecach. Andrzej nabrał podejrzeń, kiedy zauważył, że ilekroć podrapał się po swędzącej, chropowatej skórze, media donosiły o niewyjaśnionych kataklizmach rujnujących zabudowę. Jeszcze przed godziną siedział w fotelu i oglądał teleturniej muzyczny. Znudzony sięgnął ponad obojczykiem, przez łopatkę, na plecy i kilka razy potarł opuszkami palców swędzące miejsce. Program telewizyjny natychmiast został przerwany, na dole ekranu wyskoczył żółty pasek "z ostatniej chwili", a najbardziej poważany anchorman grobowym głosem przekazał wiadomości o zniszczeniach i setkach rannych. Podobne zbiegi okoliczności zdarzały się od kilku dni. Przez chwilę patrzył na relację "live". Pokazywano pożary, ludzi biegnących, ludzi w stuporze, zbliżenia na blade ze strachu twarze. Ranny reporter ostatnim tchem próbował coś wykrzykiwać, ale zagłuszało go wycie syren. Wtedy Andrzej ostrożnie dotknął pleców paznokciem. Obraz w telewizorze zatrząsł się gwałtownie i relacja została przerwana. Anchorman przez chwilę nie mógł wydusić słowa. Łzy napłynęły mu do oczu, ale kolejny raz skupił się w swoim latami ćwiczonym profesjonalizmie i poinformował, że wstrząsy się powtórzyły. Momentalnie zebrał się z fotela i skoczył do lustra w łazience. Było małe, więc musiał mocno wykręcać szyję i tors, żeby zobaczyć cokolwiek. Nie drapał się dopiero od kilkunastu sekund, ale świadomość tego, że nie może się podrapać zamieniała swędzenie w płonącą ranę. W końcu, stojąc na jednej nodze i zapierając się kolanem o brzeg wanny, patrząc pod uniesioną ręką zobaczył niewielką zielono-szarą plamę przeciętą połyskującą wstęgą. "Woda" - pomyślał. Mył się przecież przez te kilka dni, a nie słyszał doniesień o powodziach. Zakładał ubrania, opierał się o ścianę - jednak nie wszystko przenosiło się z pleców do rzeczywistości. Zaczął wątpić. "Niemożliwe" - mamrotał, ale bał się powtórzyć eksperyment. W końcu zadzwonił do znajomego lekarza, żeby wkręcił go szybko do jakiegoś dermatologa. Znajomy oczywiście gorąco polecał urologa albo pogotowie i właściwie nie było sposobu w jaki Andrzej mógłby zaprzeczyć i przekonać go, że to musi być dermatolog. W końcu się udało, dostał namiar na szpital i nazwisko. Założył zmoczony tiszert, co znacząco łagodziło nieprzyjemne uczucie i wymknął się na zewnątrz.

To było godzinę temu. Teraz siedział zgarbiony na obrotowym krzesełku w gabinecie, a pani Iza przyglądała się plamie z bliska.
- Jednak muszę dotknąć.
- Nie!
- Nie boli przecież aż tak, żebym nie mogła.
- Nie o to chodzi, niech mi tylko pani powie, czy widziała coś takiego kiedyś.
- No nie, tym bardziej muszę zrobić biopsję.
- Znaczy wziąć próbkę?
- Tak.
- Nie ma mowy, niech pani przyłoży mi jakoś mikroskop do pleców.
- Haha - nie wytrzymała, pacjent miał wyraźnie również problemy z głową, ale dotąd udawało jej się zachować powagę - No jak?
- Nie wiem, jakoś. Lupę może?

Pani Iza oderwała się od badania, stanęła przed Andrzejem i patrzyła na niego z góry, mrużąc oczy. Andrzej skrzywiony w rzadkim uśmiechu patrzył spode łba i czekał.

- Zaraz - wyszła z gabinetu, wróciła po minucie z jakimś przyrządem od okulisty albo laryngologa. Niewielkim okularem na rączce i z latarką - Zobaczmy.

© Wolny Murarz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci