niedziela, 01 listopada 2009

MRW w swoim tekście napisał wszystko w warstwie ideologicznej co i ja mam do napisania, chciałem tylko tamten tekst zilustrować historią zgodnie z założeniami szkoły storytelizmu, którą jakiś czas temu wymyśliłem. Polega to mniej więcej na tym, że tezę uznaje się za sensowną jeżeli można o niej ułożyć wiarygodną opowieść. Storytelizm tego w żadnym wypadku nie wymaga, ale tym razem będzie to dodatkowo historia prawdziwa.

Od blipowiczki ^siwa.ej podłapałem słowo „słoikowiec”, które określa osobę charakteryzującą się między innymi tym, że groby jej przodków znajdują się w innym mieście niż ona sama. Jestem słoikowcem, który pierwszy raz nie może być w domu o tej porze roku. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się opuścić rodzinnych, cmentarnych wizyt na początku listopada. Sam się temu dziwię, ale podobało mi się to nawet kiedy byłem dzieckiem, choć zwykle było już nieprzyjemnie zimno. Może częściowo wiązać się to z tym, że przyjeżdżała do nas rodzina, którą widywaliśmy właśnie tylko raz na rok w listopadzie, może z tym, że mogłem się wtedy nieco pobawić ogniem zapalając świeczki. Jednak kiedy teraz o tym myślę najbardziej zapadły mi w pamięć fotografie rodziców ojca, którzy zmarli przed moim urodzeniem. Oczywiście cały stos ich fotografii leżał gdzieś w domu, wśród nich nawet te, które posłużyły za wzór do sporządzenia porcelanowych odbitek nagrobnych. To jednak nie to samo wyciągnąć z szafki stare papierki i je poprzeglądać, co wybrać się w specjalnie miejsce, które należy wyłącznie do zmarłych, nawet jeśli ich samych tam nie ma. Wybrać się „do dziadków”.

Wizytę u dziadków (niestety teraz już też i u drugich) nadrobię przy najbliższej okazji, mimo to brakowało mi tej wyprawy, bo cały czas miałem w głowie, że moi rodzice ich odwiedzają i że ja też powinienem. Postanowiłem taką wyprawę odbyć zastępczo. Pierwszą i właściwie jedyną osobą zmarłą w Krakowie, która przychodziła mi do głowy i na której grób chciałbym pójść był Stanisław Lem. Nie to, żeby Lem był mi kiedykolwiek namiastką dziadka, nic z tych rzeczy. Nie jestem nawet jakimś jego wielkim fanem. Po prostu kiedy pomysł zrodził się w mojej głowie, stało się jednocześnie oczywiste, że to nie może być nikt inny.

Część historii dotycząca sposobu w jaki dotarłem na miejsce normalnie byłaby nieistotna, ale w kontekście Lema jest w niej pewna ironia. Dokładną lokalizację grobu, wraz z 360-stopniową panoramą miejsca pochówku znalazłem po prostu wpisując w Google „grób Lema”. Rozejrzałem się po okolicy celu wyprawy zanim jeszcze wyruszyłem. Współrzędne przeniosłem sobie na komórkę i po wyjściu na przystanek tramwajowy i złapaniu sygnału GPS wyznaczyłem trasę drogową na salwatorski cmentarz. Nie miałem dokładnie zaplanowanej trasy i przesiadek tramwajowych (byłoby to zresztą nieco trudne, bo na weekend zmieniono rozkłady jazdy i moje intuicje komunikacyjne mogłyby zawieść) postanowiłem jedynie kierować się posiłkując się mapą z komórki. Zamiast wyglądać przez okno od czasu do czasu sprawdzałem czy nie oddalam się zbytnio od najkrótszej drogi. Na każdym przystanku sprawdzałem z mapą, który z tramwajów będzie najlepszym wyborem. Tu niestety plamę dali krakowiacy nazywając przystanki zupełnie od czapy np. „Jubilat”, co jest nazwą domu handlowego, albo „Komorowskiego” mimo, że taką ulicą tramwaj nie jedzie (ani chyba nie jest to nawet nazwa przecznicy). Jednocześnie nie pozwalając mi się zorientować w sprawach tak prostych jak to, czy wsiadając w konkretny tramwaj pojadę wzdłuż ulicy Kościuszki, czy Focha, a może całkiem Basztową. Nawet przystankowa mapka nie pomagała, bo pozwalała się jedynie upewnić, że nie przejadę na drugą stronę Wisły. Krakus by pewnie sobie poradził; obcokrajowiec to już w ogóle musi czuć się jak dziecko we mgle. Ostatecznie zdałem się więc całkowicie na mapę w komórce i na skrzyżowaniach sprawdzałem, czy jadę w dobrym kierunku. Po dojechaniu na salwatorską pętlę wyznaczyłem trasę pieszą, która skierowała mnie cichą i wąską uliczką, w którą normalnie nigdy bym nie wszedł (wracając wprawdzie zauważyłem drogowskaz kierujący na cmentarz). Okolica wyglądała na spokojną, choć nie mijałem ani żywej (!) duszy, było już dobrze po zmroku, w pewnym momencie skończył się chodnik, a po jednej ze stron pojawił się obskurny, wysoki parkan. Zdjęcie satelitarne utwierdzało mnie jednak w tym, że jestem w tzw. dobrej dzielnicy, bo za parkanem wyraźnie widać było okazałe wille. W końcu dotarłem pod ogrodzenie cmentarza i szedłem wzdłuż niego szukając wejścia. Tu niestety technika ciągle zawodzi całkowicie, bo z mapy nie mogłem się zorientować, gdzie to wejście jest. Na samym cmentarzu także GPS skierował mnie ku odpowiedniemu miejscu, choć nie aż do samego grobu, bo Lem leży blisko okazałej cmentarnej kaplicy, którą zobaczyłem z daleka. Mimo, że było ciemno sam grób znalazłem bez większych problemów, bo przecież byłem tam już wirtualnie.

Grób Stanisława Lema
Grób Lema to prosta piaskowcowa płyta z wyrytym nazwiskiem, datami, miejscami i łacińską sentencją. Jedyny bez krzyża w zasięgu rzutu świętym granatem ręcznym. Przez ten kontrast uderzyło mnie jak bardzo chrześcijaństwo zmonopolizowało śmierć. Dosłownie wszystko w zasięgu wzroku jest zwieńczone krzyżem, nawet wieżyczka małego cmentarnego dzwonu. Na grobie stało klika świeczek, skromny wianek od Związku Literatów Polskich i kilka pamiątek uczynionych rękami fanów: ułożone z kamyków serduszka, symbol Wenus (to chyba na pamiątkę „Astronautów”?) i jak na prawdziwe Dziady przystało jakieś pożywienie (batonik?). Ale nie wgłębiałem się w symbolikę tych artefaktów, wręcz ciesząc się ich niezrozumiałością: każdy zostawił to co chciał, odwiedził Lema na swój prywatny sposób, bez łatwych, teflonowych rozwiązań.

Ja nie chciałem nic zostawiać, zrobiłem tylko kilka zdjęć. Usiadłem na chwilę na sąsiedniej, pustej kwaterze i poczytałem trochę „Dzienników Gwiazdowych”, które akurat przypadkowo są moją aktualną lekturą tramwajową. Był to dość nudny fragment o tym jak mimo najszczerszych chęci Ijona na jego oczach zaprzepaszczony zostaje sukces TEOHIPHIP-u, nie chciałem jednak oszukiwać i czytać czegoś nie w kolejności tylko dlatego, że jest okazja. Nie zamierzałem też czytać zbyt wiele (komórka pokazywała -2 stopnie Celsjusza), tylko tyle, żeby zapomnieć, że „jestem przy grobie Lema” i choć na chwilę bez pamięci zagłębić się w lekturze. Gdy się to udało wróciłem po śladach na pętlę i do domu (zahaczając o kebaba na placu Wszystkich Świętych).

Każdemu, kto upiera się, że te dni to święto jakichś częściowo historycznych, częściowo legendarnych, a częściowo zmyślonych ludzi z dawnych wieków radzę, żeby choć raz w życiu wybrali się o tej porze roku na grób którejś z tych osób i choć przez chwilę o niej pomyśleli.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Temat chamstwa w sieci zaiste ciągle powraca i powracać będzie dopóki stare pokolenie nie wymrze na pustyni rzeczywistości samej, czyli w tzw. outernecie. A co potem? Moim zdaniem ani nie nastąpi całkowity upadek obyczajów, ani nowy totalitaryzm cenzury sieciowej, tylko jak zwykle nie stanie się nic i tylko przyszli historycy będą się dziwować i pytać siebie nawzajem, o co tak naprawdę chodziło. Jeśli przypadkowo jesteś, o późnysynu, takim archeologiem z przyszłości, który właśnie dokopał się do holoceńskich pokładów dysków twardych Googla i czyta tę notkę, to pozwól, że postaram się powiedzieć cokolwiek na ten temat, bo o wyjaśnienie się nie pokuszę.

Zacznijmy od pojęcia „trolla”, które pierwotnie oznaczało gościa, którego motto brzmiałoby „może i nie mam takich poglądów jak tu przedstawiam, ale mógłbym takie mieć”. Potem znaczenie słowa „troll” rozszerzyło się i stało się właściwie uniwersalną obelgą określającą kogoś denerwującego dyskutantów. Były nawet o to procesy. Tak czy inaczej, troll w sensie klasycznym pisał to, co akurat pasowało do jego motywacji uczestnictwa w dyskusji, które to motywacje mogły być tak pokręcone jak tylko pokręcona potrafi być ludzka psychika. Nie to jest tu istotne. Istotne jest to, że troll mógł przybierać dowolne wygodne dla toku dyskusji poglądy z powodu bardzo ważnej, doniosłej i dotąd niespotykanej cechy przestrzeni dyskusji – w Internecie nikomu nie można dać w mordę. Ktoś, kto jako pierwszy wynalazłby urządzenie na to pozwalające byłby milionerem, jak głosi stara internetowa mądrość (drugi milion jest do zrobienia na urządzeniu umożliwiającym zdalne obrzyganie). Dlatego właśnie trolling w czasach przedsieciowych był niemożliwy, a przynajmniej sprowadzał się do osobników na tyle głupich i brawurowych, że ginęły marnie przed osiągnięciem dojrzałości rozrodczej.

Specyficzne warunki Internetu umożliwiły zatem powstanie trolla inteligentnego i doświadczonego, który zależnie od swojej struktury psychicznej mógł miażdżyć oponentów najbardziej karygodną erystyką lub doprowadzać ich do furii grając na emocjach. Co jednak z tymi nieszczęśnikami, którzy wcześniej ginęli marnie próbując trollować w outernecie? Z barku inteligencji oczywiście nie mogli zostać trollami, choć co poniektórzy mogli by ich tak nazywać. Na szczęście Rafał Ziemkiewicz ukuł dla nich, może mało poręczną, ale potrzebną nazwę „mendy internetowej”. Menda to z kolei gość (lub gościówa, bo w czasach pojawienia się mend Internet był już dość koedukacyjny), który ani nie ma sprecyzowanych poglądów, ani nawet żadnych poglądów (które mógłby mieć) nie przedstawia – ot po prostu wykorzystuje to, że znajduje się w przestrzeni, w której nie może dostać w mordę po zrobieniu tego, za co w outernecie w mordę by dostał.

Wokół kwestii bezkarności internetowej narosło kilka mitów. Jednak w czasach w których to piszę już tylko ostatnie matołki wierzą w to, że w Internecie można być anonimowym. Trochę mniejsze matołki wierzą w to, że pojedynczą, uprzykrzoną mendę można wyłapać, znaleźć w outernecie i tam dopiero jej przyłożyć. To znaczy taka możliwość teoretycznie istnieje zawsze, ale nie bardzo nikomu się chce w to angażować. Zwłaszcza osobom do tego przeznaczonym, czyli wszelkiego rodzaju administratorom, bo im płacą za to, żeby się trybiki w komputerach obracały i żeby właściciele tych trybików nie musieli zbyt często chadzać do sądu. Nie jest to jednak przypadek ogólny. Zjawisko tzw. tabloidów polega właśnie na tym, że konieczność chadzania do sądu mają one wkalkulowane w business plan. Sąd, a zwłaszcza powództwa o zniesławienie, są rzecz jasna bardziej cywilizowanym sposobem dania w mordę. A raczej są sposobem na takie danie w mordę, żeby samemu nie zostać oskarżonym o bicie po mordzie. Kondycja mendy internetowej z jednej strony polega więc na tym, że wobec jej wypowiedzi nikt nie rzuci „sprawdzam”, co z drugiej strony oznacza, że wypowiedź ta nie ma żadnego „ekwiwalentu w złocie”. Jest niewarta nanometrów kwadratowych powierzchni dysku na których jest namagnesowana, choć niektórych może mylić to, że na ekranie napisy mend pojawiają się w sposób żywo przypominający druk. To jednak tylko czwartorzędne cechy płciowe. Nie ma nawet papieru tylko przepastna i nieskończona pustka forów i blogosfery w której nikt nie słyszy twoich obelg. A przynajmniej nikt nie powinien. Gdyby przetłumaczyć szczekanie psa na litery też by to pewnie brzmiało jak "ty kocia dziwko".

Jest zabawnym paradoksem, że rzeczony Rafał Ziemkiewicz (wraz z innymi publicystami) publicznie ubolewał nad losem osób (w tym siebie), których słowa wypowiedziane w outernecie spotkały się ze „sprawdzam” niezadowolonych. Pojawiła się opinia, że są one ofiarami walki o wolność słowa, którą koncerny różnej proweniencji próbują reglamentować z pozycji właścicieli środków produkcji. Widocznie panu Ziemkiewiczowi marzyło się bytowanie podniebne mend internetowych nieskrępowanych istotnością swoich wypowiedzi przy jednoczesnym zachowaniu tej istotności. Niestety, pełna wolność słowa oznacza jego pełną bezwartościowość, a żeby mówić trzeba mieć twarz gotową na policzek.

niedziela, 02 sierpnia 2009

Wiele osób pyta mnie (not – ale jak już się pisze pierwszą notkę od czterech miesięcy to wypada przynajmniej udawać, że ma się poważny powód, nie?) w jaki sposób przydzielać gwiazdki utworom muzycznym w systemach masowej akwizycji danych audiowizualnych typu iTunes tudzież Windows Media Player. Początkowo sam pomysł nadawania ocen w liniowej (!) skwantowanej (!) skali 1-5 wydawał mi się idiotyczny. Jak niby można zamknąć całe wielowymiarowe bogactwo doznań artystycznych o topologii naćpanego kota w butelce Kleina jedynie w pięciostopniowej skali gwiazdek? Ku mojemu własnemu zaskoczeniu okazało się jednak, że jest to dla mnie bardzo proste, pod warunkiem, że oprę przyznawalność na pewnym praktycznym, operacyjnym kryterium. Właściwie odpowiednio napisany program mógłby te gwiazdki przyznawać półautomatycznie, nie ma więc tu miejsca na zbytnie deliberacje i w tym systemie decyzja „trzy czy cztery” jest zwykle bardzo prosta. Jednocześnie, ponieważ system oparty jest na kryterium praktycznym, oceny także mają znaczenie praktyczne. To znaczy, opyla się podnieść ogon, żeby w'ogle. W nawiasach kwadratowych jako pointless ekshibicjonizm podaję przykłady z własnej biblioteki. Do rzeczy…

Punktem wyjścia są 3 gwiazdki i jako wartość domyślna trudna jest do opisania. Dlatego tego nie zrobię, za to opiszę gwiazdki pozostałe przez co sens oceny 3 gwiazdek wyniknie z opisu otoczenia.

Gwiazdki dwie przyznaję utworowi, który często przewijam albo ściszam, gdy się wylosuje albo przyjdzie jego kolej w odtwarzaniu albumu tudzież playlisty w dowolnym innym sensie [Kury/P.O.L.O.V.I.R.U.S./Nie martw się Janusz]. Analogicznie, cztery gwiazdki należą się kawałkowi, który pogłaśniam (dlaczego nie ma słowa „podgłaśniam”?) lub czasem wybieram sobie specjalnie jako punkt startu odtwarzania (czyli czasem mam na niego specjalną ochotę) [C.K.O.D./Afterparty/Bal sobowtórów – ostatnio w „rockowo-bezkompromisowym” Antyradiu puścili to w wersji radio-mix ze złagodzonym wykurwem (słyszalne tylko dla prawdziwych fanbojów) i bez przekleństwa („jest tyle do rozjebania”); a w Roxy FM puścili normalną wersję płytową]. Sens kryterium 2/4 gwiazdek opiera się oczywiście na znaczeniu słowa „często”. Tu każdy musi się wyskalować samodzielnie. Jest to analog parametru gamma w obróbce obrazu – nie ma tu innego kryterium poza „dla mnie tak już jest wyraźnie i ‘kontrastowo’ ”. Jako praktyczną radą mogę służyć regułą kciuka: jeśli pomyślałem „ten kawałek zwykle przewijam/wybieram” – to znaczy, jeśli świadomość powtarzalności tej czynności uderzyła w wentylator, to jest to powód do przyznania 2/4.

Jedna gwiazdka to ocena najprostsza do przyznania i oznacza tyle co „do skasowania” lub ewentualnie „trzymam to tylko dla zachowania integralności albumu” [Maria Peszek/Miastomania/Ballada nie lada]. Są to utwory, które najlepiej gdyby same zawsze się przewijały, no chyba, że ma się jakiś specjalny cel w ich odsłuchaniu – np. chce się komuś puścić, żeby pokazać jakie są powalone.

Ostatnią ocenę – 5 gwiazdek – mogę w skrócie opisać jako „sing-along, air-guitar, stupid-dancing”. Są to utwory przy których jestem w stanie przerwać pracę i zacząć śpiewać i się wygłupiać także w zwykły szary dzień bez podwpływu, obserwując jeno bacznie, czy nikt obcy tego nie widzi i nie słyszy [Braty z Rakemna/......................................fusy precz!!!/Bat i powietrze].

Profit!

wtorek, 31 marca 2009

Cała sprawa "hoaksu" Sokala zawiera trzy elementy, które różnią się w szczegółach. Po pierwsze sam hoaksowy artykuł w „Social Text”, który był jeszcze całkiem zabawny, choć już zawierał ziarno nieporozumienia dla którego w ogóle powstał; po drugie jego rozszerzenie w książce „Modne bzdury”, którą Sokal napisał wraz z Bricmontem; i po trzecie stanowisko autorów wyjaśniające źródło całego nieporozumienia zawarte w książce w rozdziałach „Intermezzo”.

We wstępie do książki autorzy podali dziesięć możliwych tez krytycznych i dziesięć tych tez refutacji. Ponieważ wersja polska, na której się opieram, jest tłumaczeniem uzupełnionej w stosunku do oryginału wersji francuskiej, głęboko wierzę, że wstęp ów zawiera wszystkie istotne „linie ataku” na książkę. Oczywiście wszystkie, które autorzy uznali za nie-bzdurne. W tym założeniu wszelka możliwa krytyka musi odbywać się ze stanowiska „postmodernistycznego”, co wydawałoby się automatycznie unieważnia taką krytykę. Jest jednak zupełnie odwrotnie. Książka jest całkowicie sensowna i bez zarzutu z punktu widzenia stanowiska autorów; i jednocześnie jest bzdurna ze stanowiska postmodernistycznego – zupełnie odwrotnie niż krytykowane w niej tezy. To banał, który można podsumować jako „każdy wie swoje” (lub „bzdury to bzdury” jak głosi tytuł tej notki wbrew pozorom nie będący skrótem zwrotu „,Modne bzdury’ to bzdury”) i w tak banalny sposób autorzy wyobrażają sobie dokonania postmodernistycznego relatywizmu epistemologicznego. Tymczasem stanowisko to jest tylko punktem wyjścia do: „każdy wie swoje – pogadajmy o tym”. Sedno sporu zawiera się właśnie w tym jak i dlaczego różni ludzie w różny sposób obserwują tzw. rzeczywistość. Sokal i Bricmont tylko ślizgają się po powierzchni tego pytania, będąc raczej okazem do zbadania niż uczestnikiem dyskusji.

We wspomnianych możliwych tezach krytycznych czytamy między innymi:

6. Kto jest kompetentny? (…) Po drugie, intelektualna wartość wypowiedzi jest określona przez jej treść, nie zaś przez osobę autora, a tym bardziej przez posiadane przez niego dyplomy
Autorzy uciekają tu następującym po „tym bardziej” fragmentem w tezę jawnie absurdalną od tezy, której dyskusja ujawnia owo „ziarno nieporozumienia”, o którym pisałem na wstępie. Czy rzeczywiście i w jakich warunkach osoba autora nie ma znaczenia? W naukach przyrodniczych zwracanie uwagi na autora (np. poprzez zapraszanie na konferencje seniorów dziedzin z ich nudnymi podsumowaniami dorobku, albo odrzucanie bez czytania papierów autorów skompromitowanych) uważane jest za wypaczenie lub w najlepszym razie za smutną konieczność. Nie powinno to dziwić, ponieważ najgłębszą ideą stojącą za naukami przyrodniczymi (i matematyką) jest właśnie wyrugowanie podmiotu poznania, czyli uniwersalizacja tez, czyli obiektywizacja. Nauki przyrodnicze wykształciły w tym celu odpowiedni aparat poznania, który pozwolę sobie w uproszczeniu dalej nazywać matematyką (należałoby go rozszerzyć o teorię eksperymentu, choć z drugiej strony można zastanawiać się, czy ta teoria nie jest prostym zastosowaniem logiki matematycznej do zasady przyczynowo-skutkowej). Istotą tego aparatu jest jego „samodzielność”, to znaczy poprawność rozumowania w matematyce zostaje stwierdzona obiektywnie (jest już stwierdzona w momencie postawienia hipotezy) i tylko od możliwości intelektualnych badacza zależy, czy uda mu/jej się dojść do poprawnej odpowiedzi (słowa „poprawny” nie biorę cudzysłów, ponieważ w tym kontekście jest to odpowiedź właśnie obiektywnie (matematycznie) poprawna). Stąd też przezroczystość nauk przyrodniczych, a zwłaszcza matematyki na osobę i dyplomy. Przezroczystość ta wcale jednak nie jest oczywista w naukach humanistycznych, a już szczególnie w obrębie „postmodernizmu”, gdzie każda osoba ma swoją ważką historię (narrację). Nie jest ciekawe tylko to co na temat tez badacza mówi matematyka, ale także to co mówi sam badacz uwikłany w społeczeństwo, język i historię nauki. Dlatego w humanistyce wolno się „mylić” i publikować bzdurne papiery w „Social Text”, bo już gotowość do wypowiedzi (np. fizyka o psychoanalizie) jest cenna sama w sobie.

Przezroczystość na osobę i dyplomy skutkuje jednak pytaniem „skąd matematyzowalność fizyki?”, które jest pytaniem czysto metafizycznym. Zarówno w sensie dosłownym (jako pytanie o meta-fizykę) jak i w sensie bardziej uwikłanym, w którym metafizyka jest rozmyślaniem o tajemnym bytowaniu przedmiotów (tu: matematyki i fizyki). Parafrazując znane i gęsto obśmiane pytanie metafizyczne można te rozważania sprowadzić do: „czy matematyka poprawnie opisuje fizykę nawet jeśli nikogo nie ma w lesie?”. Rozwiązaniem tego koanu jest stwierdzenie, że zarówno matematyka jak i fizyka są tworami ludzkimi. Stanowisko takie jak autorów „Modnych bzdur” cechuje to, że są oni w stanie zaakceptować je na poziomie banalnym (historycznego rozwoju tych dziedzin), ale jego głębokie konsekwencje powodują powstanie w nich swoistego poruszenia intelektualnego (uczucia bełkotliwości? złości?), które skutkuje z kolei właśnie powstawaniem takich książek. Owo poruszenie najłatwiej chyba wywołać przepisując pytanie „skąd odpowiedniość matematyki i fizyki” na inne: „skąd bierze się tajemnicza odpowiedniość Pisma i Liturgii”. W tym drugim przypadku mamy już odwagę stwierdzić, że wynika ona z tego, że Pismo i Liturgia są dziełami wyłącznie ludzkimi, stworzonymi bez udziału Bytu Obiektywnego, który tę odpowiedniość gwarantuje. W przypadku matematyki i fizyki próba wyrugowania tego Bytu Obiektywnego (tu zwanego rzeczywistością) jawi się jako bełkotliwa i prowadząca do absurdu (heretycka). Ową absurdalność autorzy wyłuskują w sposób następujący:

Jest mniej więcej oczywiste, dlaczego odrzucamy systematyczny sceptycyzm w codziennym życiu – z podobnych przyczyn odrzucamy również solipsyzm. Najlepsze wyjaśnienie spójności naszych doświadczeń polega na przyjęciu, że zewnętrzny świat jest zgodny, przynajmniej w przybliżeniu, z obrazem, jakiego dostarczają nasze zmysły.
W ostatnim zdaniu kryje się sedno całego nieporozumienia. W jakim sensie autorzy używają tu słowa „zgodny”? To znaczy kiedy „obserwuję, że mój kubek jest czerwony” w jakim sensie on „jest czerwony” (tego rodzaju pytania to w żadnej mierze nie jest dorobek „postmodernizmu”, bo ich tradycja sięga bodaj Kanta, postmodernizm dodał tu jednak krytykę rozpadu poznania na podmiot i przedmiot). Można bez problemu się zgodzić, że obserwacje są powtarzalne (kubek za każdym razem widzę jako czerwony), ale czym jest tajemnicza relacja zgody pomiędzy moją impresją czerwieni i pewną samodzielną, wewnętrzną (hipotetyczną?) jakością kubka? Wbrew pozorom nauki przyrodnicze nie dostarczają tej zgodności. Kolor jest w ich „narracji” zdolnością powierzchni kubka do reemisji określonego widma fal elektromagnetycznych, zjawiskiem propagacji i absorpcji tych fal w strukturach oka, wzorcem aktywacji neuronalnej itd., ale w żadnym momencie nie jest „czerwienią” (por. paradoks monochromatycznej Mary). W każdym razie nie poza metaforycznym sensem w jakim kwarki są powabne. Dialektyczna odpowiedniość opisu przyrodniczego i wrażeń zmysłowych jest pozorna – w istocie oba są opisami stojącymi po tej samej stronie barykady. To samo dotyczy matematyki, która nie jest w żadnej mierze głębokim mechanizmem rzeczywistości, ani nawet nie jest z nim „zgodna” – jest tylko uniwersalnie powtarzalna (dla każdej osoby, przedmiotu, chwili, miejsca itd.). „Kondycją postmodernistyczną” można by określić właśnie przeświadczenie o definitywnej absurdalności pojęcia „zgodności” w tym kontekście, z czego wynika cały ten relatywizm poznawczy ze „znikaniem rzeczywistości” włącznie.

Uprzywilejowany status matematyki w obrębie nauk przyrodniczych Sokal i Bricmont rozciągają na całą działalność umysłową człowieka i dlatego zżymają się i nazywają „nadużyciem” jej użycie poza „dozwolonym” kontekstem badań nad rzeczywistością obiektywną. Tu pojawia się zarzut stosowania żargonu fizyczno-matematycznego w celu „zrobienia wrażenia” na niewyrobionych słuchaczach. Być może ten żargon (jako epifania) robi takie wrażenie na autorach, że identyczną czołobitność przypisują wszystkim. Dla kogoś dla kogo matematyka jest tylko „obowiązującą narracją” jej użycie zawsze będzie tylko metaforą, nawet wtedy gdy będzie użyta „właściwie”. Autorzy zarzucają np. Baudrillardowi nieprecyzyjne posługiwanie się terminami takimi jak „wykładniczy” czy „fraktal”, ale zapewne akceptują metaforyczne użycie słowa „fatum”. Wyznawca greckiego politeizmu miałby odwrotne uczucia.

Niezrozumienie dowcipu jakim jest absurdalność zgodności obserwacji i teorii autorzy wyrażają słowami:

Kuhn miesza fakty z naszą wiedzą o faktach
Lub podobnie jeszcze kilkukrotnie. Otóż to Sokal i Bricmont bezrefleksyjnie oddzielają fakty od naszej o nich wiedzy. Kulminację tego sposobu myślenia zawiera fragment:
Poprawna odpowiedź na dowolne pytanie naukowe, niezależnie od tego, czy jest znana, czy nie, zależy od stanu natury (na przykład od rzeczywistej liczby neutrin emitowanych przez Słońce)
Problematyczna nie jest tu pierwsza część zdania, ale właśnie ów przykład. Czym jest „rzeczywista liczba neutrin”? Tą liczbą, której nikt nie zmierzył? (bo jeśli zmierzył to już jest doświadczalna, a nie „rzeczywista”) Tym drzewem, które upadło kiedy nikogo nie było w lesie? A gdybym tam wpisał „(na przykład od rzeczywistego promienia deferentu Saturna)”? Nieprzystawalność tych przykładów wynika z tego, że współczesny (czy wręcz nowoczesny) zeitgeist polega między innymi na tym, że mamy tendencję do przypisywania obiektywnego istnienia przedmiotom, które mogą potencjalnie znaleźć się w dowolnym punkcie czasoprzestrzeni (neutrino), ale raczej niechętni jesteśmy przedmiotom „jednorazowym” (deferent Saturna).

Pojawienie się postmodernizmu było chyba ostatnią heglowską koniecznością. Nowoczesność próbowała ukraść nam mózgi i przyszłość. Była to próba zamknięcia całej ludzkiej działalności w ostatecznych narracjach takich jak funkcjonalizm czy strukturalizm. Odtąd wszystko miało sprowadzać się już ewentualnie tylko do modernizacji (modernizm) tych narracji w ramach błędów i wypaczeń. Modernizm dokonał skoku na logikę zmian kradnąc alternatywę: albo brak zmian (a więc konserwa modernizmu), albo modyfikacje w ramach systemu (a więc postęp modernizmu). Jeszcze lepiej widać to w polskim określeniu „nowoczesność”, które oznacza coś nawet nowszego niż współczesność, czyli coś będącego na ostrzu zmian i postępu. Nowoczesny znaczy właściwie tyle co „już dziś taki jak jutro”. Jak w takich warunkach w ogóle myśleć o jutrze i zmianie? I tu pojawia się postmodernizm nie jako walka według reguł, bo to może być tylko walka przegrana, ale jako szaleńczy (bełkotliwy) atak berserka na same reguły. A więc właśnie w to czym modernizm stoi – język i systemy całościujące. To była i poniekąd ciągle jest, anarchizująca rewolucja, a Sokal wyszedł na człowieka przypadkowo porwanego przez rewolucyjną ciżbę, który rozpaczliwie wrzeszczy „Ludzie, ludzie! Opamiętajcie się! Bo jeśli zniesiemy monarchię to kto będzie królem?!”.

czwartek, 26 marca 2009

Pod poprzednią notką wywiązała się dyskusja o postmodernizmie, która zapewne zjada oczekiwaną przeze mnie dyskusję pod notką następną (o „… bzdurach” Sokala), ale taka już jest dynamika internetowych dyskusji, że pędzą jako te lawiny i nie mnie być kamieniem po którym bieg swój zmienią.

Tak czy siak, postanowiłem na szybko wrzucić moją prywatną opinię na temat tego czym jest filozofia jako taka (nie tylko postmodernistyczna). Temat to duży i przed zającem (metaforę wyjaśnia notka poprzednia) stoi gmach literatury, ale ten oto właśnie robi kic do rowu. Istotę filozofii mógłbym ująć na dwa sposoby: pierwszy bardzo serio, serio; a drugi brzmiący idiotycznie, ale bardziej serio niż ten pierwszy.

Po pierwsze, filozofia jest „nauką”, która nie posiada swojej „meta-nauki”. A raczej sama sobie nią jest. Słowa „nauka” używam tu właściwie z braku lepszego pomysłu, a chodzi mi raczej o coś na kształt „działalności umysłowej”. Ale! Już sam ten kłopot lingwistyczny ujawnia to o co mi chodzi. Kiedy wdaję się w rozważanie, czy lepszym słowem jest „nauka”, czy „działalność umysłowa” (a zatem czym jest ta „działalność”, jak się objawia, czym jest „umysł”, co to znaczy „objawiać się”, co to znaczy „znaczy”, co to jest „to”, co to jest „jest”, co to jest ‘„”’…) to już wkraczam na pole filozofii. Precyzyjnie, wkraczam na pole meta-filozofii (bo przecież próbuję „pojąć” filozofię), ale jest to „działalność” nieodróżnialna od samej filozofii – stąd cała ta „definicja”. Obowiązuje tu swego rodzaju Zakaz Pauliego (do wszystkich załóg, do wszystkich załóg, DEFCON 2, możliwe naruszenie integralności terytorialnej fizyki, to nie są ćwiczenia): istnieje możliwość tylko jednej „nauki”, która wypełnia tę „definicję” – lub inaczej, wszystko co można na jej gruncie utworzyć będzie automatycznie filozofią (ale czy to warunek konieczny to już głębsza sprawa).

Po drugie, „filozofia to sztuka tworzenia i rozumienia zabawnych onelinerów (najlepiej ironicznych)”. Piszę to całkowicie serio, choć brzmi to jakbym trywializował do granic możliwości wielosetletnie dokonania ludzkości. Jednak zupełnie obce jest mi podejście do dowolnej działalności umysłowej jako do poszukiwania dotyku Absolutu, czy misji intelektualnej. Takie bombastyczne widzenie filozofii bardziej mnie chyba nawet zniechęca niż śmieszy. Ja na przykład odczuwam autentyczną przyjemność intelektualną (tu chyba muszę nadrobić „Wiedzę radosną”) kiedy czytam: „7. O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”, bo uznaję ten oneliner za zabawny na tyle, żeby poświęcić wiele godzin na jego „zrozumienie”. Zarzut o bełkotliwości filozofii (który zresztą stawiał nawet sam Wittgenstein – autor powyższej tezy siódmej) wynika z tego, że te onelinery trzeba poznawać w takiej kolejności, żeby przy czytaniu każdego rozpoznać dowcip. No bo niby co jest śmiesznego w tym, że gość przyszedł do sklepu z martwą papugą?

poniedziałek, 23 marca 2009

I otóż okazuje się dlaczego nie piszę…

W zakresie krótkoterminowym dopadło mnie coś co najprościej podsumować „In Soviet Russia life gets YOU!”. Przez ostatnie dwa tygodnie żyłem dość XIX-sto wiecznie – ja, książki i cykanie zegara. Tak na marginesie okazuje się, że całkowite odcięcie od mediów w ogóle jest nieszkodliwe (Popatrz, popatrz, bocian! Jeśli on może to my też!). Zawsze miałem za lekkich dziwaków tych, którzy nie oglądają telewizji. No bo po co to tak? I jeszcze się tym chwalić? Ale rzeczywiście to jest jak Dobra Nowina – ma się ochotę oznajmić całemu światu jak oglądanie telewizji jest całkowicie, niewiarygodnie zbędne. Oczywiście nie może to oznaczać pełnego odcięcia od sztuk wizualnych, ale mamy przecież jeszcze kino i ulewy w internecie… Ale właśnie od internetu też się przymusowo odciąłem chwilowo. To już może nie jest takie fajne. Nadrabianie samym radiem jednak nie wystarcza. Niechcący okazało się jednak, że znalazłem trochę internetu na parapecie i dlatego właśnie lekko się blogosferycznie uaktywniłem. Cały ten powyższy blogusiowy akapit pod wezwaniem „co ostatnio u mnie słychać i dlaczego nikogo to nie obchodzi” napisałem właściwie po to, żeby podzielić się spostrzeżeniem, że doszliśmy do takiej fazy rozwoju techniki, że niespodziewanie stwierdzenie „znalazłem trochę internetu na parapecie” ma sens.

To jednak nie tłumaczy całego zastoju bloga. Za to odpowiada to, że dotarłem do fazy trzeciej w zagadnieniach amatorskiej filozofii, którą chciałem uprawiać na tym blogu. Już nie wiem od kogo ukradłem ten pomysł i co sam do niego dopisałem, ale idzie to tak:

Faza 0 – nieświadomość ignorancji. Jest to błogosławiony stan w którym my wszyscy znajdujemy się w stosunku do większości zagadnień tego świata – to znaczy, że nie mamy nawet pojęcia o ich istnieniu. Z tego stanu może nas wyrwać jakaś zła dusza lub fatalny zbieg okoliczności i wtedy następuje…

Faza 1 – świadomość ignorancji. Owa zła dusza lub fatalny zbieg okoliczności informuje nas o istnieniu jakiegoś zagadnienia. Fazę pierwszą cechuje także pewna nieświadomość. Jest to nieświadomość zakresu zagadnienia. Jak się ono ma do pojęć, które już znam? Z czym sąsiaduje? Czy geotechnika to bardziej geologia, czy geofizyka? Niestety „You cannot unsee what you’ve seen” – Bóg zabija kotka. Od teraz już na zawsze będziemy skazani na co najmniej „nic mi o tym nie wiadomo”, zamiast zdrowego „że co?”. Smutek tego stanu wynika z tego, że mówiąc, że nic mi o „tym” nie wiadomo, wiem choćby, że jest jakieś „to”, które chce przybrać choćby zgrubny zarys. I dalej czytać i dalej poznawać, aż nastąpi…

Faza 2 – świadomość zakresu. Zwana także fazą samozadowolenia. OK., więc… przeczytam jeszcze tego, tego, sprawdzę co dokładnie oznacza to i właściwie będę już nieźle zorientowany. Właściwie to już mogę mówić, że się trochę na tym znam. Ale i tu czyha nieświadomość, którą ujawnia przerażająca…

Faza 3 – świadomość nieistnienia zakresu. Nagle okazuje się, że bibliografie rozrastają się wykładniczo i że zagadnienie, które zgłębiałem i które w poprzedniej fazie wydawało się do zamknięcia tuż, tuż na wyciągnięcie ręki jest tak vast and infinite, że życia nie starczy. Jaaa… to na to jedno hasło co chciałem sprawdzić w Wikipedii mają całą półkę w bibliotece?! Dżizas… I tu właśnie jestem z blogowaniem. Miałem zamiar na przykład napisać coś o relacji wiedzy i wiary. Zdawałem sobie sprawę, że jest to temat niepierwszej świeżości, ale uświadomiłem sobie dobitnie, że przypadkowy blogokomentator może mi napisać coś w stylu: „zmarnowałeś tyle bajtów, a wystarczyło, że przeczytałbyś ‘O pewności’ i można by tego bloga uniknąć”. Już nie chodzi nawet o ośmieszenie się swoim naiwnym filozofowaniem (mnie osobiście może to obchodzi, ale inżyniera Edwarda Mruwnicę niespecjalnie), ale o to, że czas nie jest z gumy i może rzeczywiście lepiej się wziąć za to „O pewności”. Zamiast.

I tu powstaje stan stuporu poznawczego. Jak ten zając w świetle reflektorów, który widzi pędzący na niego ogrom i nie może się ruszyć. Coś mi jednak podpowiada, że i tu się jakaś nieświadomość kryje, a zając zamiast czekać na rozwałkę może czmychnąć do rowu, a tam być może…

Faza 4 – świadomość nieistotności nieistnienia zakresu. Autorytet-W-Zagadnieniu może się wypowiadać ex cathedra. Chodzi właściwie tylko o to, żeby sprawiać wrażenie, że ma się prawo mówić o to tym o czym się mówi. A taki mały zając? Może jak nie ex cathedra to może chociaż solus ipse? Może i jest jeszcze cała góra książek, które trzeba przeczytać, żeby mieć coś sensownego do powiedzenia, a może to tylko wielkość tej góry mnie hipnotyzuje? Przede wszystkim na sobie samym trzeba sprawiać to wrażenie prawa do wypowiedzi. Przekonałem?

piątek, 06 lutego 2009

Obejrzałem właśnie w telewizji program „System 09” (tekst pisany wczoraj) i jestem pod wrażeniem. W końcu nowa telewizyjna twarz nowej lewicy – Wojtek Klata. Nie wiem czy sam zainteresowany byłby zadowolony z takiego określenia – ja sam bym nie był – ale już samo to pokazuje jak mamy spaczony dyskurs. Nie lewicy w sensie sejmowym, ani pozasejmowym, ani kontr-sejmowym; ale „lewicy” (jednak w cudzysłowie brzmi to harmonijniej z intencją) w stylu interpretacji świata, której ktoś taki jak ja jest w stanie przyznać coś więcej niż epsilonowy kudos – czyli głos w wyborach na zasadzie najmniejszego zła. Jeden neomichnik pokolenia Nic w TVN24 wiosny ludów nie czyni. (Zauważyliście, że kończą się im w TVN24 kolory na pasku? Teraz już wszystko leci na czerwono, a nagłówki na żółto i czarno – w kolorach po raz pierwszy użytych podczas wojny w Gruzji, kiedy czerwieni już nie stało. Tabloidyzacja pełną gębą. Niedługo będą napierdalać w ultrafiolecie.)

Ale mniejsza o sprawy personalne – w końcu jakiś świeży powiew w dyskursie. Przełamanie utartych dychotomii, których przełamywanie nawet jest utarte (nieśmiertelne „my i oni”). Kiedy ton w programie zaczyna dryfować w kierunku potępienia Okrągłego Stołu, to Klata nie podąża za logiką zdrady narodowej Michnika z Kiszczakiem; tylko odbija w wykazanie nonsensu koncepcji Wieszania jako mitu założycielskiego. Jednocześnie program prawie bez wspominania o Lechu Wałęsie (pojawia się tylko jako wymienny reprezentant, na zasadzie „Wałęsa, czy inny Michnik”), ale właśnie nie na zasadzie „Wałęsa przemilczany, bo Bolek i zdrajca” – po prostu program o Solidarności bez Wałęsy. Zamiast – o tym fotogenicznym tle co mu rzuca kwiatki, ale też nie na zasadzie „kulisy Sierpnia, tata trzymał mikrofon”. Może to wyglądać na miotanie się od ściany do ściany, ale nie – to pogo. Choć nie mam wątpliwości, że zostanie zinterpretowane to zgodnie z utartą koleiną myślową między Michnikiem, a Rydzykiem.

Tym co mnie jednak zachwyciło najbardziej to wprowadzenie do dyskursu elementu konieczności dziejowej, ale bez pogodzenia się z nią. Rozmowę o latach osiemdziesiątych zawsze w tivi dominują dwie skrajności w odpowiedzi na jakże ważne zagadnienie „co można było zrobić inaczej?”. Jedno to „nic, bo zrobiliśmy wszystko najlepiej jak się dało”, a drugie to „wszystko trzeba było zrobić inaczej”. To prowadzi do napawania się swoim heroizmem z pola walki, albo odwrotnie: do ciągłego przeżywania traumy stanu wojennego, gotowania się do wielkiego Nowego Otwarcia jak żołnierze dotknięci wojennym PTSD. Zupełnie jakbyśmy to mogli zrobić jeszcze raz i tym razem zwyciężyć, albo powtórzyć sukces. Ciągle budzimy się w cholernym Sajgonie, a nie w dżungli. Pojawia się mit o powołaniu nowej Polski oznaczonej kolejnym numerem (trzecim lub czwartym w zależności od preferencji). W górze rzeki Nung z nowym, czystym, dzikim ludem i nadwornym fotografem.

To wszystko przecięte. A raczej zsyntetyzowane. Stało się, Gorbaczow z Reaganem zrobili co swoje, a my nie mieliśmy wpływu na przebieg wydarzeń, ale jest cholernie daleko od OK. W Polsce stało się to, co stało się wszędzie w okolicy, bo taka jest mechanika wyzysku symbolicznego mas (ukradzionej rewolucji – to myśl przewodnia programu). Stało się, ale nigdy się nie skończyło, bo ci wyzyskani czują niesprawiedliwość. Można ich zgwałcić symbolicznie po raz drugi i wmówić, że ich poczucie sprawiedliwości jest błędne, albo odwrotnie – podsuwać wizje realizacji zemsty. To jednak droga donikąd. Teraz możemy tylko zapuszczać się w zonę lat osiemdziesiątych i wynosić stamtąd nonsensowne artefakty, ku nauce i zabawie; ale trzeba pogodzić się z tym, że latającego spodka z nich już nie odtworzymy.

środa, 21 stycznia 2009

To ja też przerobię sobie wesoły rysunek znaleziony u innych lewaków:

Descent to the disco!
Sorry za jakość, bo szoper ze mnie żaden, ale źródeł nie podaję, bo to dzieło ma charakter samodzielnej pracy artystycznej i niech mi skoczą na wałach.
Byłem też dzisiaj w Empiku (chyba widziałem Kamila Śmiałkowskiego...) i tam jest taka półeczka w kąciku przy podłodze na której często leży jakaś bibuła Krytyki Politycznej. A dzisiaj znalazłem tam to:
Whatta set
Ale zestaw! Korci mnie, żeby opowiedzieć dowcip, ale chyba jest dość oczywisty?

sobota, 10 stycznia 2009

Obejrzałem wywiad Magdy Mołek z Kubą Wojewódzkim, całkiem fajny zresztą. Pana Jakuba oczywiście lubię, bo to „swój”, ale zasmuciła mnie jedna jego wypowiedź. Szło to mniej więcej tak, że Polska to jest taki popieprzony kraj (i mówił to z wyrazem największego zdziwienia i zasmucenia), że słowo „pedał” jest większą obelgą niż „skurwysyn” (to ostatnie oczywiście wypikano). Zara, zara, Panie Kubo…

Kiedyś Wojtek Orliński na swoim blogu strofował jednego ze swoich komentatorów informując, że akceptuje u siebie na blogu użycie słowa „kurwa” tylko jako uniwersalnego wulgaryzmu, natomiast stosowanie go w celach opisu profesji uważa za niegodne. Wtedy nie zareagowałem, więc robię to teraz, bo mam dodatkowy pretekst. Ja uważam całkowicie odwrotnie. Wulgaryzmów bardzo często używa się poza ich, że tak powiem desygnatem. Na przykład: walnę się w palec i krzyczę „O kurwa!”, a mam na myśli „O jak bardzo źle!”. Dlaczego akurat „kurwa”, a nie na przykład „O dziennikarz!”? Odpowiedź jest w miarę oczywista, ale i tak jej udzielę. Zawód żeńskiej prostytutki jest zawodem ze wszech miar uważanym za niegodny, ponieważ trudnią się nim, nie dość, że kobiety, to jeszcze takie, które nie są własnością swojego męża, ojca, brata i plebana. Ponieważ świat nie obyłby się bez jakiegoś samca w okolicy, to prostytutki zwykle skazane są na obecność jakiegoś smutnego bydlaka, który zdziera z nich kasę tylko dlatego, że może bezkarnie obić im twarze. Jednak określeniem „kurwa” obdarza się także kobiety, które po prostu pozwalają sobie na swobodny wybór partnerów nawet jeśli nie wchodzą w grę kwestie finansowe. Oto i cały horror: baba sama rządzi swoją pupą. Nieprzyzwoite znaczenie słowa „kurwa” jest efektem promieniowania braku szacunku dla kobiet, które trudnią się tym niewdzięcznym, trudnym i jak pokazuje historia ludzkości, potrzebnym zawodem. Dlatego staram się usunąć nieprzyjemne użycia tego słowa ze swojego idiolektu, a dla przegięcia pałki w drugą stronę zostawiam tylko „wykurwiście” i „kurewsko dobrze”.

Genialnego w swej prostocie zabiegu dokonali niemieccy pedałowie, którzy zamiast oburzać się za słowo „Schwul” i wymyślać obejścia dla obelgi typu „radosny” dokonali hijacku słownikowego i przejęli je jako własne określenie. Zamiast walczyć, wytrącić przeciwnikowi broń – bardzo pedalskie. Na podobny zabieg z „kurwą” jest jeszcze chyba za wcześnie, wszak kobieta czarnuchem świata, a pedał to zdrajca płci, ale przynajmniej facet. Najpierw trzeba poczekać na kilka coming-outów jakichś fajnych kurw (ale nie w stylu: Pani Ewo byłam prostytutką, jak się wstydzę). Brytole już to mają; w końcu dojdzie i do nas (O jeżu! Remake z Sonią Bohosiewicz! HhHhHhHh…).

Tymczasem z braku lepszego zajęcia proponuję propagowanie słowa „pedał” nie zapominając o godnej odmianie w liczbie mnogiej, czyli: „pedałowie”. Bo rzecz podobnie ma się z „pedałem”. Przecież gdy ktoś ocenia, że buty kolegi są „pedalskie”, to nie ma na myśli jakiegokolwiek ich związku z homoseksualnym stosunkiem. Buty ocenia po prostu na niedopasowane do aktualnego reżimu genderowego. Są jakieś „flamboyant”, czy też niemęskie w inny sposób. Zwracają uwagę, wyróżniają się w nietypowy dla mężczyzny sposób i ogólnie nie przystoją facetowi. Zatem pedał i kurwa to dwie strony tego samego medalu: komunikat, który można podsumować jako „You’re doing it wrong!” – źle, czyli nie po takiemu jak nasze Ojce kazali. Tym bardziej okrutne jest uznanie „skurwysyna” za obelgę największą, bo dosłownie to przecież tylko potomek osoby o nietypowym „prowadzeniu się” – dochodzi jeszcze zbiorowa odpowiedzialność rodzinna. (Fun fact: Microsoft Word uznaje słowo „kurwa” za wulgarne, ale „skurwysyna” już nie!)

Słowo „kurwa” funkcjonuje także jako wulgarny zamiennik zdrajcy, czy też, by być bliższym pierwowzorowi, człowieka który kupczy rzeczą bezcenną. W oryginale jest to oczywiście własna seksualność, a jako neosemantyzm może oznaczać kupczenie bezcennym czymkolwiek. Gdy się nad tym bliżej zastanowić, to wszyscy dla pieniędzy pozbawiamy się rzeczy jedynej, której odzyskać nie sposób i która dana nam została w ilości ograniczonej, mianowicie naszym czasem na tym najlepszym ze światów. Szczęśliwi ci, którzy robią dla pieniędzy to co lubią, ale nawet im (nam!), gdyby zapłacić i pozwolić robić coś innego, to 90% roboty wykonana by nie została. Zawsze można przecież obejrzeć film jakiś, pobawić się z dzieckiem, podłubać w nosie, czy nawet poblogować. Tymczasem, zanim zostaniemy rentierami, musimy się kurwić dla dobra naszych małych skurwysynów i córek.

I jeszcze apel na koniec: Szanowny Panie Jakubie, bardzo jest Pan pedalski i wykurwisty z Pana kawał skurwysyna, ale niech Pan nie gada takich głupot, do biskupa nędzy!

sobota, 03 stycznia 2009

Chodzi ostatnio po internetach taki obrazek. Zaczyna się tekstem:

Czy będąc OFICJALNIE członkiem Kościoła Katolickiego...
O! To do mnie...
...twierdząco odpowiadasz na któreś z tych pytań?
Gimme, gimme! Uwielbiam ankiety jak każdy szanujący się nerd!
Jesteś "wierzący-niepraktykujący"?
Biorąc pod uwagę cudzysłów i kontekst odpowiedź brzmi: nie. To znaczy ani wierzący, ani praktykujący.
Jesteś "niezbyt religijny, ale uduchowiony"?
Nie jestem wcale religijny, no chyba, że liczyć czynności liturgiczne nauki, takie jak zbieranie bibliografii do artykułu, ale przymuszają mnie do tego wyżsi kapłani, bo inaczej nie chcą publikować. Drugi czynnik mogę zatem olać, ale zobaczmy... "Uduchowiony"? To znaczy czy przechodzą mnie takie ciary po plecach przy muzyce organowej? W sumie czad od czasu do czasu...
Wierzysz "w Boga, a nie w Kościół"?
Zaraz... niech naprężę organ logiczny... ("a" to w tym kontekście koniunkcja, right?), zatem: nnnnnie. Trzy razy "nie", więc przesłanka nie spełniona, ale popatrzmy dalej może jest opcja "else".

Poniżej zdjęcie uśmiechniętego pana, jednego z tych, którzy lubią, gdy się mówi do nich "ksiądz" zamiast "pan". Do mnie czasem mówią "panie magistrze", albo "panie inżynierze", ale samo "inżynierze" uznałbym za lekko chamskie. No, ale znowu nie jestem z tych, którzy napinają się i mówią na Murzyna per "Murzyn", jeśli Murzynowi się to nie podoba. I can call you Susan if it makes you happy.

Czekam na zwyczajowe rozwinięcie implikacji w postaci "jeżeli tak..., jeżeli nie...", tak się przynajmniej przyjęło robić w języku w którym rozmawiam. Nie ma, robi się coraz trudniej z tą logiką, ale miałem piątkę z matematyki, czyli rozumiem (bo domyślny też jestem), że to równoważność. Normalnie to też się jakoś zaznacza, no chyba, że komuś strasznie ciśnie na pęcherz, bo już nie może wytrzymać ze swoim performatywem. Wtedy od razu wypala wersalikami w kolorze burgunda wpadającego w bordo:

WYPIERDALAJ!
To znaczy rozumiem, że to nie do mnie, jednak potrafię nałożyć negację samodzielnie i czytać dalej. Czyli mam nie wypierdalać, ale konkretnie skąd, albo dokąd mam nie uciekać szybko i wulgarnie? Może wyjaśni się dalej...
Albo wiara w Chrystusa Zbawiciela jest dla Ciebie za dobra, albo jesteś po prostu zwykłą leniwą kupą gówna, która woli zalegać w niedzielę przed telewizorem!
Czyli: Albo wiara w Ch. Z. jest dla mnie zbyt zła lub w sam raz, albo nie jestem zwykłą leniwą kupą gówna, która woli zalegać. Nie jestem kupą gówna (przynajmniej nie w całości), ale wolę zalegać, więc stosuje się pierwsze. Zgadza się! Wiara w jakiegokolwiek zbawiciela to zdecydowanie zbyt mało jak na wygórowane potrzeby kupy gówna, którą jestem. No i ujmuje mnie ironiczne połączenie obelg i zwrotów grzecznościowych przez "Cię", chociaż nie do mnie one.
Przestań okłamywać siebie i wszystkich w około, a przede wszystkim pierdolić nam statystyki.
Czyli: Okłamuj siebie i wszystkich w około dalej. OK, no problemo, amigos. Taki nawet miałem zamiar, bo osobiście uważam możliwość dotarcia do "prawdy o sobie samym, Wszechświecie i całej reszczie" za tak znikomą jak zawartość punktu. a przede wszystkim [nie przestawaj] pierdolić nam statystyk[i]! Spoko, nie wiedziałem, że Wam zależy, ale jak powiedziałem – ja jestem grzeczny chłopak i jeśli moje nicnierobienie powoduje pierdolenie czegoś na czym Wam zależy, żeby było pierdolone, to nie ma sprawy i szczęśliwych orgazmów.
Wystąp z Kościoła!
Czyli mam zostać. Git.

Teraz idzie uzasadnienie:

Lepiej, żeby w Polsce było 45% katolików, niż 90% takiego leserskiego ścierwa jak Ty!
Tu się lekko gubię, bo nie wiem jak moje niewystępowanie z Kościoła miałoby zmniejszyć statystyki liczności katolików, skoro ja właśnie jestem "leserskim ścierwem" (wolę określenie "racjonalne lenistwo") i dla kogo lepiej jest to lepiej? Mnie w każdym razie wisi. Dalej idą informacje dla tych, którzy mają jednak wypierdalać. Cieszę się, że nie muszę, bo i tak by mi się nie chciało występować, bo ogólnie mam co robić w życiu. Składać jakieś papiery do organizacji do której ja sam nigdy nie przystępowałem? Nawet na tę stronę nie chciało mi się kliknąć (ale ponieważ wykształcony też jestem to wiem co oznacza "apostazja"). Gdyby chociaż zbierali obowiązkowe składki jak w Niemczech. Mój poziom paranoi jest tak niski, że nawet nie chciałby mi się wystąpić o zaprzestanie przetwarzania moich danych osobowych.

Potem idą pozdrowienia dla tych, którzy jednak wystąpią:

MIŁEGO SMAŻENIA SIĘ W PIEKLE!
Tu też nie wiem, czy trafię do piekła, ale do jakiegoś innego pomieszczenia niż smażalnia osób, czy też całkiem gdzieś indziej, czy to w ogóle non sequitur? Już się pogubiłem...

 
1 , 2 , 3 , 4