Menu

Wolny Murarz

Edward Mróz

Rób dzieci dla ZUSu

inz.mruwnica

Na dniach wyskoczył z tym Tomasz Terlikowski, twierdząc (podobno, nie chce mi się czytać), że ludzie bezdzietni są pasożytami społeczeństwa. Pochodne kofeiny odpowiedziały podstawowym argumentem o skończoności Ziemi. Jakkolwiek jest ten argument słuszny, to dość dalekosiężny. To są sprawy makrocywilizacyjne i zasadniczo, to nie wiadomo kiedy Ziemia da nam po łbach za tę ucieczkę do przodu. Może za lat 10, może za 100, a może za 1000. Nie umniejszam tego problemu, jego nie da się umniejszyć, bo wisi nad nami jak fatum. Chciałem tylko powiedzieć o czymś znacznie bardziej fundamentalnym. Czy jak kto woli szczegółowym. O tym, że sam pomysł "dzieci są nam potrzebne, żeby zarabiały na nasze przyszłe emerytury" jest z gruntu bezsensowny. Dlatego też nie wgłębiam się szczególnie w to co napisał Terlikowski, ponieważ jest to sprawa powracająca często, będąca rodzajem ludowej mądrości, i nie ma znaczenia kto i w jakiej formie opowiedział ją w obecnym tygodniu.

Przede wszystkim: w jaki sposób nasze dzieci mają zarobić na nasz emerycki chlebek, skoro już dziś jest taki problem z pracą dla młodych? (co jest z kolei powodem niskiej dzietności!) Czy to się jakoś magicznie samo naprawi? Skąd pomysł, że jeżeli młodych będzie więcej, to będą łącznie (chodzi w końcu o wspólną, ZUSowską kasę) zarabiać więcej? A może wzajemna konkurencja na rynku pracy zmusi ich do obniżania żądań płacowych i będą zarabiać jeszcze mniej, ledwo wiążąc koniec z końcem na własne potrzeby? Wszystkiemu winny jest dość prosty błąd myślowy: jeżeli w rodzinie jest niepracująca osoba starsza, to młodzi muszą się zrzucić na jej życiowe potrzeby. Jeżeli młodych jest więcej, to emeryci nie są dla nich dużym obciążeniem ekonomicznym. Więc jeśli jest tak w rodzinie, to przez analogię musi być tak samo w państwie, tylko na większą skalę, no nie? Nie.

Błędem kardynalnym dotyczącym tytułowej sprawy jest łącznie dwóch problemów w jeden duży. O ile te dwa problemy, które za chwilę przedstawię, nie są trywialne, to nie są też jakoś szczególnie wielkie. Dopiero w (niepotrzebnym) połączeniu urastają do rangi katastrofy. I to katastrofy w obu przypadkach: albo umrzemy z głodu z powodu niskiej dzietności, albo z tłoku i głodu z powodu dużej. Tymczasem nie wydarzy się prawdopodobnie ani jedno ani drugie (w rozsądnej perspektywie czasowej).

Po pierwsze, to nie pieniądze uzyskane z podatków naszych dzieci będą musiały wyżywić nas jako przyszłych emerytów. Wyżywić nas będą musiały konkretne fizyczne bułki z konkretnym fizycznym masłem. Pierwszy problem to zatem problem dostatecznej podaży. Można go ująć tak: czy społeczeństwo przechodzące zmiany demograficzne będzie w stanie wytworzyć tyle towarów i usług, aby było to wystarczające na potrzeby całego tego społeczeństwa? Pomijając jekieś ekstremalne scenariusze w których na jednego młodego przypada dziesięcioro zniedołężniałych starców i tramwaj musi mieć 30 wagonów, bo nie ma kto być maszynistą, jestem tu zdecydowanym optymistą. Przede wszystkim nie mówimy o jakichś skrajnych zmianach: będą to powolne, siłą rzeczy rozłożone na lata, przesunięcia rozkładu wieku. Już teraz mamy znaczące bezrobocie, wynikające również z postepu technologicznego, który ogranicza popyt na pracę i który prawdopodobnie będzie postępował. Rezerwowa siła bezrobotnych czeka (strukturalne bezrobocie i edukacja to stowarzyszone kłopoty, ale nie wchodźmy zanadto w szczegóły). Ponadto bardzo duża część prac, które wykonujemy w naszej prawie-rozwiniętej cywilizacji, to tzw. "bullshit jobs" - marketing, PR, reklama, różnego rodzaju kreatywne księgowości. Prace które w skali mikroekonomii przedsiębiorstwa są ważne, ale wszystko co osiągają to wytworzenie przewagi konkurencyjnej jednej firmy nad drugą identyczną firmą. Lub jakąś tam optymalizację alokacji akcji obligacji. Nie mówię, że możemy się tego sektora pozbyć już teraz (nie możemy, on też daje pracę, choćby częściowo bezużyteczną, ludziom, którzy bez niej nie znaleźliby zatrudnienia gdzie indziej). Ten sektor to na razie znaczący rezerwuar ludzi, którzy wszyscy zajmują się intensywnym mieszaniem zupy i oblizywaniem łyżki, ale w przyszłości będzie można ich przesunąć do krojenia marchewki. Napisałem "będzie można", ale przesuną się sami - tu akurat wierzę w magię wolnego rynku, który w przyszłości, nawet po zmianach demograficznych, wyprodukuje tyle ile trzeba. Pomijam chwilowo sprawę eksportu/importu, wrócę do tego krótko na koniec.

To był problem pierwszy. Drugi problem, to problem dystrybucji wytworzonych dóbr - to znaczy w jaki sposób ludzie pozyskują i będą pozyskiwać te wytworzone bułki i przejazdy tramwajem. Odbywa się on prawie wyłącznie za pośrednictwem środków pieniężnych (zapłata w naturze jest obecnie mało popularna). Ludzie zdobywają pieniądze poprzez dochody, zyski, świadczenia, kredyty czy również kradzież, spekulacje i oszustwa. Jeżeli demografia społeczna będzie się zmieniać, to zmieniać się będzie musiał również model tej dystrybucji. I mimo tego, że jest to kwestia wyłącznie polityki społecznej, więc ustaw i innych niematerialnych papierków - tu jestem już ostrożnym pesymistą. A to dlatego, że jak zauważyłem ludzie mają zwyczaj postulowania modelu działania państwa nie wywodząc go z celów, ale z abstrakcyjnych idei o tym jaki powinna działać ekonomia. Mówiąc inaczej: nie pytają "jaki efekt będzie sprawiedliwy", ale "jakie zasady będą sprawiedliwe". Nie to, żeby nie posiadali przekonań co do tego jakie efekty są sprawiedliwe, ale nie są nimi bezpośrednio zainteresowani. Woleliby, żeby sprawiedliwe efekty wynikły w pewien naturalny sposób ze sprawiedliwych zasad. To jest powodem częstej frustracji, bo okazuje się, że postulowane sprawiedliwe zasady nie prowadzą do pożądanych sprawiedliwych efektów, za co zwykle winione jest zbyt mało radykalne wprowadzenie zasad (znane w wielu postaciach: "X tak, wypaczenia nie").

Połączeniem tych dwóch, jak obiecałem, nie takich wielkich problemów, jest jeden duży problem sprowadzający się do wymagania (w jakiś sposób postrzeganego jako sprawiedliwa zasada), aby w przyszłości świadczeniom emerytalnym towarzyszył w podziale odpowiednio duży udział dochodów i innych zysków. To znaczy, żeby udział emerytów w torcie obliczany był jako fragment udziału dochodów pochodzących z pracy (składka), albo z zysku od zgromadzonego kapitału (fundusze). Zupełnie nie ma powodu wiązać sobie w ten sposób rąk! To właśnie to wymaganie utrzymania proporcji (idealistyczne trzymanie się sprawiedliwych zasad, a nie sprawiedliwych efektów) jest widmem katastrofy demograficznej. No ale zaraz… czy młodzi nie powinni zarobić na siebie i na starych? Choć wydaje się to tak bardzo intuicyjne jak to, że zięć musi podzielić się z mateczką pensją, ważne jest tylko, aby udało się wyprodukować dostateczną ilość dóbr (problem podaży), a potem rozdzielić je sprawiedliwie korzystając z żetonów banku centralnego (problem dystrybucji). Przy czym pisząc "rozdzielić sprawiedliwie" w żadnym wypadku nie postuluję jakiegoś komunizmu! To znaczy, nieważne jest czy "sprawiedliwe rozdzielanie" będzie się odbywało na zasadach przypominających komunizm, czy anarchokapitalizm czy cokolwiek innego. Ważne jest jedynie, żeby efekt tych zasad rozdziału był zgodny z tym co ludzie postrzegają jako sprawiedliwe (np. ciężko pracował całe życie, więc należy mu się dostatnia starość). A ponieważ, jak wspomniałem, jest tu pewien frustrujący rozdźwięk, to niezbyt jasno to widzę. Spodziewam się raczej, że przypadkowe rzeczy, które się wydarzą będą spontanicznie obwoływane sprawiedliwymi ponieważ się wydarzyły. Oczywiście ostatecznie to pracujący będą musieli wyprodukować wszystko co zjedzą niepracujący (w tym, a może nawet przede wszystkim żyjący z odsetek od kapitału, nie tylko emeryci). Nie jest jednak nijak uzasadnione, że większa liczba zdolnych do pracy wprost przełoży się na większy udział per capita. Może być tak, a może być odwrotnie. Demografia nie jest tu wcale najistotniejszym czynnikiem.

Na koniec jeszcze krótko o okolicy. Cały tekst pisałem jakby w założeniu, że nie istnieją inne państwa. Na poziomie Ziemi jest to oczywiście prawda. Ale na poziomie Ziemi zdecydowanie nie mamy problemu ze starzeniem się ludzkości. To sugeruje pewne naturalne rozwiązanie problemu starzenia się społeczeństwa jednego państwa, co pewnie nie będzie się podobało ksenofobom. Zmienia także sytuację związaną z "problemem podaży", ale to kolejny temat. Absurdem jest natomiast wieszczenie wyludnienia kraju (słyszałem jak w takiego futurologa bawił się pisarz Inglot, ku trwodze młodzieży nakłanianej do prokreacji dla ZUSu i chwały Rzeczpospolitej), ponieważ zakłada występowanie dwóch sprzecznych efektów: upadku potęgi państwa przez wyludnienie przy jednoczesnym utrzymaniu potęgi przeciwdziałającej napływowi. Albo jedno albo drugie. To się w końcu wyreguluje - mamy tylko wpływ na to, czy płynnie, czy gwałtownie, jeśli będziemy do ostatniej chwili trzymać się "sprawiedliwych zasad" ekonomicznych i nacjonalistycznych.

Komentarze (7)

Dodaj komentarz
  • frankie

    Ciągle obiecują i obiecują ten brak rąk do pracy i nic z tego nie wychodzi. A ja tak na to czekam.

  • poziomka_vr

    @frankie
    No bo przecież to straszenie katastrofą demograficzną i wciskane przestraszonym zmiany nie służą temu, żeby nie brakło rąk do pracy, tylko temu, żeby utrzymać ich odpowiednią nadpodaż.
    Przecież zanim zacznie ubywać pracowników a przybywać emerytów, najpierw zacznie ubywać bezrobotnych, których (w sensie opisanych we wpisie realnych bułek z realnym masłem) też utrzymują pracujący.
    Gdyby jeden durczok z drugim byli uczciwi, to by biadali, że obecnie jeden pracujący utrzymuje pół emeryta i jednego bezrobotnego z dzieckiem, a jak się nie będziemy intensywniej rozmnażać to będzie musiał utrzymywać jednego emeryta.
    Największym kłamstwem jest zwykle półprawda.

  • vontrompka

    dodałbym:
    rosnąca automatyzacja -> obniżone koszty pracy + bardzo dużo fizycznych dóbr + grube bezrobocie.

    Automatyzacja jest groźna nie dlatego, że nikczemne roboty, tylko dlatego, że powoduje zgromadzenie wszystkich środków w rękach właścicieli automatów - i to oni będą decydować o sposobie dystrybucji tych dóbr. To od nich będzie zależało, ilu seniorów jak długo przeżyje - a nie od liczby (i tak bezrobotnych) potomków.

  • Gość *.dynamic.chello.pl

    Automatyzacja doprowadzi do likwidacji automatyzacji w sposób rewolucyjny. Alternatywnie właściciel automatów wymyśli jak tego uniknąć. Najprostsze zlikwidowanie "masy rewolucyjnej" nie będzie najefektywniejsze przychodowo. Presja na wynik pozwoli może zachować życie wielu ludzi - tylko po co? Świat nadprodukcji automatycznej musi wymyślić jakiś nowy ustrój.

  • amatil

    @"Przede wszystkim: w jaki sposób nasze dzieci mają zarobić na nasz emerycki chlebek, skoro już dziś jest taki problem z pracą dla młodych? (co jest z kolei powodem niskiej dzietności!) "

    Myślę, że na tym zakończymy. Już teraz brak pracy spowodował, że nie będzie raczej drugiego echa powojennego wyżu demograficznego, bo urodzeni w 70/80 (dzieci bejbybómersów) po części rezygnują z dzieci, po części przesuwają decyzję na późnej, przez co demograficzny szczycik się rozpłaszczył.
    Przede wszystkim takie rozwiązanie nie wymaga podejmowania decyzji na wysokim szczeblu.

  • janekr

    W zasadzie lejecie miód na moje serce, gdyż używałem właśnie waszych argumentów w licznych dyskusjach, np. na syffie, ale...

    Pogadajcie z lewakiem Wojtkiem Orlińskim, który ma w tym temacie zupełnie odmienne zdanie. Jest to osoba, która się nierzadko myli, ale nie jest to osoba, której opinie można zignorować zwykłym "pfff".

    Myślę, że część prawicowych publicystów widzi alternatywę bardziej szatańską - albo będzie nas dużo, klepiących w spokoju bidę, albo będzie nas mało, w miarę zamożnych i zmiotą nas hordy głodnych biedaków z przeludnionych krajów III świata.

  • sen.halaer

    @inzmru
    Brawo - teraz może jest nas nawet 10 osób w PL, które to ogarniają z tej perspektywy. A raczej chcą ogarnąć, bo to w zasadzie nic trudnego.
    Problem wydaje się leżeć w tym, że nie sposób jest, używając logiki, przebić ścianę zbudowaną na narracji "braku pieniądza" - którą pierwotnie przyjęto (być może?), z obaw, co przyniesie odejście od Bretton Woods. Czasy się zmieniły - narracja pozostała - czy to przez przypadek, czy jako plan - w każdym razie efektem jest to, że model praktycznie dokonał skutecznego ubezwłasnowolnienia reprezentantów wybieranych w wyborach. Co gorsza, narracja wyrażania zdolności państwa w jednostkach monetarnych "zebranych" od podatników jest przyjęta jako default przez wszystkich, łącznie z "lewakami" np. z PPS. I nie widać możliwości zmiany.

© Wolny Murarz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci