Menu

Wolny Murarz

Edward Mróz

Komu parytety, komu

inz.mruwnica

W odprysku od odprysku nieustającej dyskusji o parytetach płciowych pojawiają się i takie argumenty "a co z parytetami dla piegowatych albo niepełnosprawnych". A i na ten argument pojawiają się kontrargumenty, że to bardzo nieładny argument, bo jak to tak sugerować, że kobiety są niepełnosprawne. Ale uwaga, to stąpanie po cienkim lodzie. Oburzanie się, że się porównuje nie może nie skutkować niezręcznością. Jeżeli to oburzające, że się porównuje kobiety do niepełnosprawnych, to co mają powiedzieć niepełnosprawni? Szczególnie gdy są kobietami. I piegowatymi. Nie tędy droga. Trzeba ten argument wziąć bez tzw. obużu i zobaczyć co wyniknie.

Wydaje mi się, że przybliżoną regułą (podkreślam: przybliżoną) powinno być: czy istnieje legislacja. O ile mi wiadomo nie ma żadnych praw i kodeksów dotyczących osób piegowatych, więc równoważenie ich udziału w reprezentacji (podkreślam: reprezentacji) demokratycznej nie jest zasadne. Z tego prostego powodu, że czy będzie tak czy owak nie będzie to miało praktycznego znaczenia dla reprezentowanych (podkreślam... no), bo dla reprezentujących zapewne tak. Piegowaci kandydaci na posłów i posłanki będą się cieszyć, śniadzi zgrzytać zębami, a pozostali usilnie szukać, czy przypadkiem nie mają jakichś piegów za uszami. Ale (podkreślam: ale) parytety i w ogóle polityka nie powinna być od tego, żeby robić dobrze czy niedobrze politykom. Choć niestety tak to obecnie w telewizorze wygląda.

Zatem, w sprawie parytetów osób niepełnosprawnych odpowiedź dla mnie jest oczywista: jest prawo dotyczące – parytety są zasadne. Tylko czy konieczne. Nie mówię, że nie – nie mam najwścieklej zielonego pojęcia. Prawdopodobnie ma to coś wspólnego z tym, że tak mało osób niepełnosprawnych jest u tzw. władzy.

Ale taka przybliżona zasada mogłaby być tylko warunkiem wystarczającym. Istnieje na przykład grupa producentów drobiu. Istnieje dotyczące ich prawo. Czy zasadne są dla nich parytety? Tu zadałbym serię pytań pomocniczych. Czy przypadkiem grupa ta nie jest już dobrze reprezentowana? Jeśli jest, to nie ma o czym w ogóle gadać. Oczywiście sprawa rozbija się o słowo "dobrze". Czy "dobrze" znaczy "proporcjonalnie"? A może jeden drobiowy lobbysta jest całkowicie wystarczający?

Tu pomyślała mi się w głowie delikatna kwestia "ważności sprawy". Mam wrażenie, że odpalenie całego młyna ustawowych parytetów domaga się jakiegoś wyzwania, które nas czeka jako ludzkość. I linia podziału pomiędzy parytety płciowe tak/nie przebiega właśnie pomiędzy tymi, którzy takie wyzwanie widzą i tymi, którzy widzą, że go nie ma. Tymi którzy wieszczą bombę obyczajowo-demograficzną i tymi którzy głoszą, że o ile tylko powrócimy do tradycyjnego modelu rodziny z tradycyjnym podziałem na role płciowe to jakoś tam będzie.

Lub przedstawiając to inaczej: czy podobnie jak mnie, guptokowi, przydałaby się jakaś prominentna, niepełnosprawna polityczka, która powiedziałby mi czy według niej istnieją palące potrzeby i wyzwania takie-a-śmakie, a wiedziałaby to nie z broszury organizacji pozarządowej, tylko z własnego reprezentacyjnego doświadczenia reprezentantki; czy podobnie nie są nam potrzebne w nadchodzących wyzwaniach kobiety w odpowiedniej proporcji, ze swoim ponoć tradycyjnie odmiennym sposobem patrzenia na świat.

Dyskusja o parytetach płciowych ujawnia jeszcze jedną zabawną cechę: wymaganie aby uwzględnić parytety płciowe w dyskusji o parytetach. Jeśli dyskutują w większości kobiety: ach, chcą się baby dorwać do władzy; jeśli w większości faceci: ech, znów sobie panowie dyskutują o ważnych męskich sprawach. Złośliwie można w tym zauważyć próbę uniknięcia hipokryzji za wszelką cenę; a nawet wywołania reakcji autoimmunologicznej (trolling najwyższej próby). Ale chyba nie trzeba tu spisku: to właśnie objaw wyczucia ważności wyzwania.

Komentarze (7)

Dodaj komentarz
  • nameste

    "przybliżoną regułą (podkreślam: przybliżoną) powinno być: czy istnieje legislacja"

    Mnie się zdaje, że istnienie legislacji jest wtórne wobec czegoś, co roboczo nazwałem "pozycją egzystencjalną". Określoną przez biologię (niekoniecznie chodzi o cechy trwałe, typu płeć czy kolor skóry, bo właśnie: niepełnosprawność, która może być "nabyta") i przez kulturę, w ujęciu historycznym (rudość lokalnie wyznaczała odmienną pozycję egzystencjalną, bodaj już nie; czarnoskórość jest aktywnym czynnikiem, albinizm bywa itd.).

    Pozycja egzystencjalna różni się poważnie od "wyboru światopoglądowego", bo konstytuuje się w związku z ciałem. Choć niekoniecznie na sposób stricte biologiczny: ciało imigranckie może się nie wyróżniać "biologicznie", ale np. mówi innym językiem; gdy cechy tej nie udaje się zatrzeć (choćby akcent), może być postrzegane jako obce, co może wyznaczyć jego odmienność egzystencjalną.

    Związek z parytetami jest taki, że odmienna pozycja egzystencjalna w poważnym zakresie wyznacza nieprzekładalność poznawczą (trzeba doświadczyć, by zrozumieć), możliwość zreferowania odmiennej pozycji egzystencjalnej w pewnym momencie załamuje się.

  • rpyzel

    Legislacja dotycząca niepełnosprawnych istnieje, więc przybliżona reguła słabnie.

  • inz.mruwnica

    @rpyzel

    Bardzo się nie zrozumieliśmy. Parytety są w pierwszym przybliżeniu zasadne bo legislacja istnieje. To jest bardzo niepokojące co mówisz. Jeśli wolno mi na wyrost zinterpretować: istnieje jakaś domyślna grupa reprezentantów, do której dobiera się ekspertów, żeby uchwalić prawo, a jak prawo już jest to spadówa. Ja twierdzę coś zupełnie odwrotnego: jeżeli jakieś prawo jest, to ktoś powinien tego prawa pilnować. Najlepiej ktoś nim żywotnie zainteresowany.

    @nameste:

    No nie pokłócimy się. Ja się rozmyślnie zatrzymałem na pewnym "realpolitik" nie wchodząc w jej bazę. Ale jakbym, to zgadzam się, że ona taka jest. Jeśli chodzi o "kulturową pozycję egzystencjalną" to takim pierwszym narzucającym się wyróżnikiem jest (była?) oczywiście religia.

    I robiąc jeszcze jeden krok głębiej to wszystko ma znowu racjonalne jądro w poszukiwaniu "niezmienniczości bliźniego". Co mogę wiedzieć o sąsiedzie na pewno. Jaki ma kolor skóry, w jakim języku mówi, jakiego boga wyznaje, jaką ma płeć, jakiego jest stanu itd.

    Tu też bym na przykład (offtopując) widział jedno ze źródeł konserwatywnej homofobii: świat w którym jest kobieta i jest mężczyzna i on jest jej mężem, a ona jego żoną i najlepiej jeszcze, żeby nie było rozwodów; to jest świat znacznej "niezmienniczości bliźniego", który zaczyna się sypać. Nagle pani Jola ma żonę, a pan Krzysiu wieczorem jest panią Joasią. Homoseksualiści też przez to funkcjonują jako tacy złośliwi psuje porządku społecznego.

    Powstaje pytanie: czy my zakres tej niezmienniczości tracimy, bo mniej go potrzebujemy (bogacąc się? sprowadzając rzecz do absurdu: czy w ekonomii Drexlerowskiej można o sąsiedzie nie wiedzieć zupełnie niczego?) a może tylko ten zakres przesuwamy w inne wygodniejsze miejsce?

  • nameste

    Może się jednak trochę pokłócimy. Bo, po pierwsze, "esencjalizm" religii (przypisanie jej ciału) został poważnie nadwerężony, historycznie rzecz biorąc. Różność religii i konkurencja między nimi to rzecz hm, ujawniona od dawna (wewnątrzchrześcijańsko: od reformacji). Owszem, kontrreformacje nie próżnują, współcześnie również (#mamotymnotkę, hasło: zemsta boga). Ale republikański pogląd o a-religijności państwa still fights. Więc generalnie pomysł, żeby np. w parlamencie miały obowiązywać kwoty ze względu na wyznanie, odrzucamy współcześnie ze wstrętem.

    No i, po drugie, "niezmienniczość bliźniego", żeby dawała takie efekty, jak piszesz, nie może się zatrzymać na cechach jednostkowego bliźniego. Raczej zaczyna się sypać "niezmienniczość relacji" (np. heteronorma).

    Chodzi mi także o to, by podkreślić, że odmienność pozycji egzystencjalnej bywa maskowana, zaniedbywana, "w domu po kryjomu"-owana w ramach tej samej kulturo-biologii. Kobieta, niepełnosprawny, homoseksualista to są wewnętrzni obcy, których obcość się neguje lub ukrywa.

  • gammon_no.82

    A nie można tak? en.wikipedia.org/wiki/Suspect_class

  • bynnx

    "Albo to albo ma przybocznego obrońcę, który chodzi po blogach pisać, że "wszyscy wiedzą", że ma rację. Ten bloger naukowy w dwóch osobach o którym wszyscy wiedzą, że nie jest tym typem człowieka. This. Is. Gold. Haha."

    U Orlińskiego mam bana, więc odpowiem ci na twoim blogu. Twierdzenie, że jeżeli ktoś uważa, że bloger od Kompromitacji napisał prawdę, a Orliński w głupi sposób próbuje się wykręcić, świadczy o tym, że ten ktoś jest tą samą osobą, co wymieniony wyżej bloger, jest mocno paranoiczne. To ten sam typ logiki, która kieruje różnymi śledztwami "śledczych blogerów" z psychiatryka. Czy sam fakt, że zbanował mnie za zwykłe zadawanie pytań o czymś nie świadczy?

  • bynnx

    Dodam jeszcze, że nie jestem jakimś hejterem wo. Wręcz przeciwnie. Ale to przykre patrzeć jak facet tak niszczy swoją reputację.

© Wolny Murarz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci